W kwestii wstępu: pisząc, że kobieta różni się od mężczyzny, a już diametralnie od dziecka, nie odkrywam nowej Ameryki, pierwiastka, czy nowej planety z trzema słońcami HD 131399Ab. Wszyscy wiemy, że kobieta i mężczyzna są inni pod każdym możliwym względem i często przyjmujemy to za fakt dokonany i nie analizujemy dopóki nie dochodzi do zgrzytów. Nie od dzisiaj mówi się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i tak też jest z pozycją w rodzinie i perspektywą jaką nam ta pozycja daje.

Ile razy każdej z kobiet zdarzyło się powiedzieć „No tak, on jest facetem, nic dziwnego” lub powiedzieć przyjaciółce „Nic nie poradzisz, tak już jest z mężczyznami”. Ile razy, drodzy panowie użyliście zwrotu „Typowa baba”, „No tak jesteś kobietą” albo „Czy Ty masz okres czy co?!”?
Nie ma się co spinać, tak faktycznie jest. Są zachowania które dla kobiet są typowe, ale są też te których można się spodziewać po mężczyznach. Pytanie, kiedy przestaniemy z tego drwić i mówić o tym z pogardą lub sarkazmem?

Przewracając kolejne strony literatury „dla macoch” i przeglądając kolejne wątki na grupach i forach złapałam się na tym, że często zdarzało mi się powiedzieć „o kuźwa ja też tak mam!!!” lub „czyli to nie tylko mój partner tak ma!”. Tak więc wszystkie zmagamy się z pewnymi zachowaniami.

Kobiety z natury są „naprawiaczami”, takie małe robociki, które wpuszczone w wielki bałagan będą mozolnie przestawiać i przenosić, aż nastanie ład i porządek. Istnieje też opcja, że walną wszystkim i powiedzą „pie$^$3*e! Nie robie!” po czym i tak w jakimś stopniu naprawią lub będą miały wyrzuty sumienia. Tak czy owak, naprawiamy.

 

Tak samo jest z życiem w rodzinie łączonej, zawsze jest coś do naprawiania i z jakiegoś dziwnego powodu, macochy mają tendencje do brania na swoje barki zadań rodem z „Dwanaście Prac Herkulesa”. To więcej niż pragnienie, to potrzeba nadrzędna. Wszyscy mają być szczęśliwi i już.

 

Psychologia i wiele badań naukowych potwierdzają, że poczucie własnej wartości u kobiet oraz ich tożsamość, są ściśle i nierozerwalnie połączone z zadowoleniem ze związki w jakim funkcjonują. Kobiety są wychowywane i traktowane w społeczeństwie w sposób który sprawia, że czujemy się odpowiedzialne za wszystko i wszystkich. Kiedy widzą problem w swoim najbliższym otoczeniu, zaczynają nad nim pracować – nie ma znaczenia czy to ich problem czy nie. Nie ukrywajmy że rodziny patchworkowe są pełne mniejszych lub większych problemów, zapewne jak każda rodzina ale tutaj dynamika jest zupełnie inna i grunt jest zawsze troszkę bardziej grząski. Idąc dalej to właśnie kobiety w całym układzie rodziny łączonej mają największą tendencje do doświadczania silnej samokrytyki i obwiniania się.

Pod tym względem jesteśmy drastycznie różne od mężczyzn. Badania naukowe dowodzą, że mężczyźni w związkach doświadczają dużo mniejszą ilość konfliktów decyzyjnych, obwiniania się oraz stresu związanego z rodziną i jej dynamiką. Oczywiście, jest to tylko statystyka więc na 100% są też i panowie którzy są tego przeciwnością. Taka różnica płci często rodzi konflikty między partnerami oraz oddala ich od siebie. Każda z nas wiele razy wypominała sobie w głowie „ gdybym zrobiła to lub tamto…” lub „gdybym powiedziała to lub tamto….”

Podsumowując: my kobiety dużo częściej bierzemy sobie do serca to że nie potrafi naprawić i uszczęśliwić najbliższego nam otoczenia. Zajmuje nam też więcej czasu przetrawienie takowej porażki.

 

Dobranoc Tato

 

A teraz pokaże wam to na konkretnym przykładzie. Żeby nie było czysto hipotetyczny, nie związany w żadnym stopniu z moją sytuacją ale bardzo mocno obrazujący dynamikę i różnice w podejściu kobiety, mężczyzny i dzieci do tego samego zachowania.

Dzieci kładą się spać. Śpią w waszym domu 3-4 razy w tygodniu. Siedzicie razem z partnerem i nagle z sypialni dzieci słyszysz „Dobranoc tato”.  Takie zdanie pada, wielokrotnie. Raz po raz ignorujesz to, aż któregoś dni dochodzi do Ciebie, że po wielu miesiącach waszego wspólnego mieszkania nigdy nie słyszysz „Dobranoc Zosia/Basia/Ania/Monika – wpisz co chcesz”. Nic dziwnego, że to zauważasz – jesteś kobietą. Automatycznie jednak pojawia się wewnętrzny konflikt – jak mogę być tak małostkowa?! Przecież to nie jest dzieci wina, nie jest to wina mojego partnera – to niczyja wina, a jednak czujesz się lekko urażona. No i masz problem – nie chcesz się tak czuć ale tak czujesz. W głowie pojawia Ci się obraz kiedy siadasz z dziećmi i mówisz im, że zawsze mówią dobranoc tacie ale nigdy Tobie i że troszkę Ci z tego powodu przykro. Jednak wiesz też dlaczego tego nie zrobisz – nie chcesz żeby ktoś pomyślał, że jesteś małostkowa, zazdrosna, że chcesz się we wszystko wpierdzielać.

W efekcie wszystkiego któregoś dnia mimochodem wspominasz o tym swojemu partnerowi/mężowi. On potakuje, jest lekko podirytowany tym, że to wspominasz i zmienia temat. Po kilku tygodniach. miesiącach znowu zaczyna Cie to gryźć, czujesz się sfrustrowana, nie zauważana. Pomimo, że to taka drobnostka rośnie to do rozmiaru braku szacunku.

No i podejmujesz decyzje. Przecież jesteś dorosła, dojrzała i jako taka nie będziesz tego trzymała w sobie, nie pozwolisz temu gnić i rosnąc aż staniesz się pasywno-agresywna i pełna żalu. Wspominasz to swojemu partnerowi jeszcze raz. I co się dzieje? „Znowu o tym wspominasz?! Robisz problem z niczego. Nie jesteś ich mamą więc nie możesz tego od nich oczekiwać”. No i mamy fail – porażka. Chciałaś wyrazić swoje uczucia a wyszło na to że szukasz problemów. Zadajesz sobie pytanie : „Czy to o co zapytałam naprawdę jest taką pierdołą? Czy to nie na miejscu?”. Przez ułamek sekundy nie cierpisz swojego partnera, jego dzieci, sytuacji w której się znalazłaś i zastanawiasz się jak to się do cholery stało?!?! W tym samym czasie Twój partner spokojnie siedzi z książką/ gazetą, zajmuje się swoim.
Każda z nas chciałaby powiedzieć : „Nie ważne. Odpuszczam to tylko dzieci, to tylko drobnostka” ale jednocześnie czujemy żal. Też chcemy mieć znaczenie i być zauważone. Nie będzie odkryciem, że mamy do tego prawo i w świetle psychologi, zwyczajów i prostej międzyludzkiej dynamiki nie powinniśmy gryźć się w język. Za setnym ugryzieniem w język odgryziemy go sobie i rozpęta się małe piekiełko.

 

Nie milcz, zamiast tego powinniśmy spokojnie, w odpowiednich warunkach pogadać z partnerem. Przedstawić nasze uczucia z punktu widzenia naszej pozycji w rodzinie, w jak najprostszy i najmniej złożony sposób i tutaj rada… nie celujcie w dzieci i nie celujcie w niego. Nauczyłam się że najbardziej opłaca się mówić w formie nijakiej, wycelowanej w nikogo – „Bardzo by mi było miło, gdybym usłyszała od dzieci dobranoc” lub „Nie wiesz dlaczego dzieciaki nigdy nie mówią mi dobranoc?”

 

Tak naprawdę, najważniejsze w tym wszystkim jest dostrzec swoją ludzkość. Nie staniemy się świętymi nakładając na siebie misje kochania całego świata i bycia kochanym i szanowanym przez cały świat 24h na dobę. Jedyny sposób aby pokonać myślenie „to na 100% wymierzone we mnie” jest przerwanie cyklu schematów i zaakceptowanie tego że czasami dzieci i nasi mężczyźni robią coś celowo, a czasem kompletnie nieświadomie. Są momenty w których czujemy, że dzieciaki i partner  umyślnie robią i mówią coś tylko po to, żeby pokazać że oni są całością, a ty dodatkiem. Nie będę siebie czy was oszukiwać, że tak nie jest. Dzieciaki są mistrzami nieświadomej manipulacji. Nie wiedząc że to robią, strzelają nam z plaskacza tekstami „to tylko mój tata”, „tata tylko mnie kocha”. Dostajesz grymas na twarzy kiedy tata dostaje przytulasa i zaproszenie do zabawy. Owszem możecie to analizować, rozkładać na czynniki pierwsze, rozmyślać i dyskutować. Możecie też oswoić się z faktem, że dzieci to dzieci, uczą się życia. Nie wiedzą że zazdrość to zazdrość, a zaborczość to zaborczość i zajmie w cholerę czasu, aż do tego dojdą i owszem zadaniem dorosłych jest nauczenie dzieci tego, że pewne rzeczy są ok, a pewne nie.

Jednak nie jest to nasze zadanie – to nie robota dla macochy. Nasza pozycja w rodzinie i perspektywa nas do tego nie uprawnia. A już na 100% nie możemy się w to wpierdzielać „na krzysia” bez wcześniejszej rozmowy z ich tatą. Jego perspektywa i pozycja jest tutaj nadrzędna.

Więc tak długo jak zachowanie dzieciaków, w połączeniu z reakcją ich taty nie obdziera was z godności, nie powoduje łez, rzucania talerzami i wychodzenia z domu (chociaż to ostatnie mi się zdarzało) to wiedz, że dasz sobie radę. Ja często wychodzę z pokoju, rzucę „kurwą” pod nosem albo sobie powiem w myślach „jasne, jasne… myśl tak dalej”.

Ile razy zdarzyło mi się powiedzieć Nikodemowi „wydaje Ci się że to zachowanie jest ok?”?? Nie jestem w stanie wam powiedzieć. Wyróżniam trzy odpowiedzi:

  1. „To tylko dzieci, nie mają swojego taty na codzień”
  2. „Wyolbrzymiasz. To tylko dzieci”
  3. „Porozmawiam z nimi ale pamiętaj, że to tylko dzieci”

Widzicie wspólną część? Zakodujcie następne zdanie i dla waszego zdrowia psychicznego zaimplementujcie do kodu waszego systemu operacyjnego. Dla niego, biorąc pod uwagę jego pozycje w rodzinie to są dziecięce zachowania, nie są wymierzane w nas, nie są manipulacją, rozpieszczeniem czy złośliwością. Ojciec zawsze będzie miał bardziej anielski obraz swoich dzieci niż Ty. Dzieciak musi serio przegiąć pałę żeby tata zobaczył celową akcję i przyznał rację waszej reakcji.

 

Real Life Case Study – czyli jak to wygląda u nas

 

Co mnie bolało najbardziej i co odczuwałam jak szpile wbijaną pod paznokcie?

Zazdrość Livii o Nikodema kiedy tylko odzywałam się. Zazdrość to długi i skomplikowany temat i idealny materiał na minimum 2-3 posty więc szerzej na 100% go omówię przy innej okazji, ale teraz chciałam wam tylko powiedzieć że my, a przede wszystkim ja zmagam się z równie pokrętnymi zachowaniami. Taka mała ciekawostka z naszego życia – jestem w stanie się w konkretnych sytuacjach założyć z wami o butelkę dobrego ginu, (tak, tak moje drogie, uwielbiam gin – najlepszy szkocki!) że jedno moje słowo, gest, pytanie spowoduje, że Livia wskoczy Nikodemowi na kolana. W sekundę z rezolutnej i mądrej dziewczynki, zmieni się w bobaska, który nie potrafi założyć skarpetek i potrzebuje taty, żeby otworzyć paczkę chipsów. Dzisiaj po miesiącach przyzwyczajenia, śmieje się z tego, czasem robie w ten sposób Nikodemowi nazłość. Są jednak momenty kiedy muszę postawić na swoim i proszę Nikodema o upomnienie Livii lub sama mówię, że jej zachowanie nie jest miłe i sprawia że ja czuje się smutna, a ona przecież też nie lubi być smutna.

Nauczyłam się, że doszukiwanie się w zachowaniach dzieci powodów i motywów jeszcze mnie nie uszczęśliwiło więc rozważnie wybieram momenty w których interweniuje.

 

A jak u was moje drogie z różnicami w reakcjach? Macie swoje zapalniki? Jak sobie radzicie z poczuciem wykluczenia z układu i umniejszeniem waszej ważności? Jak zwykle, zapraszam do ostrej dyskusji i komentowania!