Żebranie o znajomych, czyli jak błagałem o relacje z ludźmi po diagnozie.

Audio nieco niżej

Kolejny temat który chciałbym wyrzucić z siebie. Wracam do tematu po dobrych czterech latach. Coś co w książce jest tylko opisane z jednej perspektywy, a ma ich wiele. Kiedy po wyprowadzce z Londynu do Edynburga rozpoczęliśmy nowe życie na szkockiej ziemi doskwierała mi mega samotność w relacjach miedzy ludzkich. Zawsze miałem w około siebie wielu znajomych, przyjaciół z którymi rozmawiałem pare razy dziennie przez telefon lub się widywaliśmy. Bycie w okół ludzi nastawia mnie pozytywnie. Mam w sobie dwie dusze. Jedna która kocha ludzi, druga załącza się gdy się nimi po jakimś czasie nasycę, wtedy zamykam się w domu, nie rozmawiam z nikim i bywam sam ze sobą.Dziś o tej pierwszej i o jej potrzebach.

Oprócz ludzi nam przyjaznych, czasem  trafiamy na osoby które wysysają z nas energie. Staram się takich odcinać bardzo szybko. Na początku byłem tu sam. Wtedy jeszcze małżonka z dziećmi byli w Polsce przez około dwa miesiące, a ja tutaj urządzałem wszystko. Pracę, mieszkanie, kontakty. Potem gdy Ewa przyleciała z dziećmi wpadliśmy w wir „podiagnozowy”. Ciagle tylko autyzm i autyzm. Czułem się cholernie zmęczony, przygnębiony, ale wiedziałem źe trzeba działać.

Żebrałem o obecność ludzi prawie każdego dnia, przez wiele tygodni. Tak nisko upadłem?

Po miesiącach walki, układania planu, pukania we wszystkie drzwi, sytuacja była stabilna, nagle okazało się że znajomi których miałem tu, niektórych znałem jeszcze z Polski odwrócili się. Nie chcieli rozmawiać i słuchać o autyźmie. Fair play, ale myślałem że przyjaciele inaczej postępują. Zarzucili mi że gadam tylko o autyźmie i dzieciach. Dla mnie to było coś trudnego, przegryzałem autyzm w sobie i bałem się przyszłości.

Odeszli, nie zrozumieli, nie wsparli. Miało na mnie to ogromny wpływ. Moja samoocena spadła, czułem się jak trędowaty. Nie chciałem się tak czuć. Z tygodnia na tydzień było gorzej. I tu nastąpiła dziwna rzecz.

Zacząłem żebrać o ludzi, o ich czas dla mnie, o towarzystwo, o to by ktoś zechciał wyjść ze mną na browara, by nas odwiedził. Jakie to kurwa smutne jest gdy teraz widzę to z innej perspektywy. Chciałem tak bardzo czuć się akceptowanym, z tym całym bagażem autyzmu że przestałem zachowywać się racjonalnie. Dziś wydaje mi się to totalnie żenujące i wiem że takich ludzi trzeba odciąć.

Kiedy kogoś poznawałem, już w pierwszych godzinach znajomości chciałem wybrać się na jakiegoś browarka, zaprzyjaźnić się. Gdy ktoś opowiadał mi o swoich pasjach czułem się jak zero, a co ja miałem kurwa? Tylko ten autyzm który nie był nawet pasją wtedy, a ciężarem do którego się dopiero przyzwyczajałem. Samotność w mieście, pierdolona samotność i uczucie bycia niegodnym przyjaźni wszelkiej. Z jednej strony chęć bycia potrzebnym , z drugiej poczucie samotności i beznadziei. Gdy przychodził dzień wolny od pracy to usilnie starałem się z kimś umówić na spotkanie. Jak wszyscy już odmówili to miałem doła. Czułem się źle. Teraz myślę…dlaczego tak było???

Zrozumiałem że musi po pierwsze upłynąć trochę czasu. Ciężar autyzmu musi się osadzić w moim sercu i głowie by stał się fundamentem nowego mnie.  A ja z kolei  muszę  przestać błagać ludzi o swoje towarzystwo. Pomyślałem – Jaki jest sens posiadania znajomych, przyjaciół którzy nie będą z tobą mimo wszystko?

Żebrałem o obecność ludzi prawie każdego dnia, przez wiele tygodni. Tak nisko upadłem?

Pieprzyć egoistów, pieprzyć ludzi którzy nie mają pojęcia o tym że ty byłbyś dla nich zawsze i wszędzie.  Kiedy z kumplem zerwała dziewczyna to zadzwonił, pojechałem zaraz, zabrałem do knajpy, dałem kasę do ręki, a potem milczał miesiącami i nie odbierał telefonów. Zrozumiałem że to nie ma sensu. Kiedy któregoś dnia zdecydowałem się uporządkować moja własną głowę, moje własne problemy zacząłem od czegoś co dziś wydaje mi się najbardziej logiczne.

Czas…upływ czasu. Przestałem pisać, dzwonić, pytać na fejsie jak się mają… okazało się że niektórym zajęło od pół roku do roku żeby sobie przypomnieć o moim/naszym istnieniu.  Wykasowałem z fejsbooka, pokasowałem numery telefonów, emiale. Boziu droga, wiecie jaki balast spadł mi z serca.

Jeden ze znajomych który mianował się wedle niego moim dobrym kumplem wysłał mi urodzinowego smsa, odpisałem że dziękuję i nie chcę jednostronnych, nic nie wnoszących znajomości. Nastała nowa era. Era nas i ludzi którzy są mimo wszystko. Wystarczy sms, telefon, raz na miesiąc, każdy ma swoje życie. Trudniejsze tylko może być brak zrozumienia u rodziny, ich nie wybieramy. Znajomych owszem. A jak u Was te tematy?

Jesteśmy zabiegani, to oczywiste ale wiem że ci którzy zostali oraz ci którzy przychodzą sa w takim stopniu zaangażowani w tą relacje jak ja w stosunku do nich. Wymagam i wymagane jest ode mnie. Chcę mieć w około dobrych ludzi. Chcę mieć ludzi którzy mnie wspierają, motywują, są inspiracją lub ja mogę im dać to samo w podziękowaniu. Nie pseudo znajomości. Nie będę już nigdy żebrał, nie upadnę, kolejna lekcja odrobiona. Chcesz być, bądź. Oni Są

Inni znajomi sprawdzili się na medal, nieliczni. Kocham ich za to.

Ty też tak miałeś/miałaś?

Ave