W idealnym związku dwojga ludzi, kobiety i mężczyzny, czy też innej konfiguracji, są oni zsynchronizowani. Odczuwają na podobnym poziomie, dzielą się wszystkimi radościami i smutkami, wybuchają śmiechem w tym samym momencie, ale co najważniejsze, podążają w równym tempie. Jeśli jeszcze do tego nie doszliście, to uświadomię was, że idealnych związków nie ma i jeśli ktoś wam powiedział inaczej, to zapewne sam uwierzył w sprzedaną mu przez legendy lub też inne ludowe przypowiastki historyjkę. Tak jak nie ma idealnych związków, tak też nie ma dwójki idealnych ludzi, zawsze będą odczuwali inaczej i będą mieli inne tempo poruszania się przez wszystkie meandry związku.

Opowiem wam o tym, czyje tempo wybrać, jak wspiąć się na wyżyny związku i się nie pozabijać. Opowiem wam o naszym wieżowcu i naszej drodze na jego szczyt. 

 

 

Po ponad 2 latach naszego związku wszystkich zmianach, wyjazdach, licznych rozmowach, dziesiątkach godzin wspólnego śmiechu i litrach wylanych łez, ciągle mamy daleką drogę do wejścia na szczyt naszych możliwości jako para. Wiemy, że nie ma związków idealnych, my sami mamy swoje za uszami i jesteśmy dalecy od ideału.

Nikodem pierdzi na potęgę, jest nerwusem i kiedy tylko coś mu nie pasuje, to wchodzi w tryb defensywy i zamyka wszystkie drogi dostępu do siebie. Ja za to ciągle nie lubię sprzątać kuchni, jem za dużo słodyczy i tyłek mi rośnie, do tego ciągle walczę z niskim poczuciem własnej wartości i kiedy wszystko jest ok, to ze strachu przed utratą tego momentu, szukam jakiejś ukrytej pułapki, nawet jeśli jej nie ma.

 

Jak było na początku? 

Kiedy poznaliśmy się z Nikodemem o czym pisałam w poście o szalonych początkach naszego związku, to żadne z nas nie miało pojęcia, jak trudne czekają na nas zadania i nie mieliśmy żadnych gwarancji na to, że to w ogóle się uda.

Jak w każdym związku, na początku była chemia, emocje i sam seks unoszący się powietrzu, kiedy byliśmy obok, to powietrze naelektryzowane było tym, co do siebie odczuwaliśmy. Nie tylko nasz związek się tak zaczynał, jednak nasz tak jak wiele związków patchworkowych musiał przejść przez wiele faz, których inni nie doświadczali.

Równo dwa lata temu, w czerwcu 2017 mieliśmy z Niko pierwszy kryzys. Byliśmy szczęśliwi, ale tak nie do końca. Było nam ze sobą dobrze, ale ciągle coś nie pasowało. Ja chciałam spędzać razem więcej czasu, łaknęłam bliskości, chciałam wyznań miłości, spontanicznych romantycznych wypadów, a Niko… No właśnie Niko, po raz pierwszy poczuł, że nie ma na nic czasu. Gonił między pracą, dziećmi i mną. Musiał sprostać wymaganiom życia po rozpadzie związku, a to złożona sprawa. Nie miał siły i ochoty na romantyzm i spotkania, starał się jak mógł, ale nie wiedział, jak długo jeszcze tak pociągnie. Doszło do konfrontacji i trudnej rozmowy o tym, czy może nie przydałaby się nam przerwa na nabranie nowej perspektywy. W moim słowniku nie ma przerw, one zwyczajnie do niczego nie prowadzą, ja mogę zwolnić, ale jeśli czegoś zaprzestanę, to powrót jest tysiące razy trudniejszy.

Nikodem powiedział mi wtedy, że czuje jakbyśmy stali w nurcie jednej rzeki. On na brzegu, po łydki w wodzie, a ja z uśmiechem, ale nagminnie zachęcałam go do wejścia po pas, bo tam właśnie stałam. Dla niego to było za głęboko. Postanowiliśmy spuścić z tonu, zależało mi na nim na tyle, że wbrew sobie zgodziłam się na zmniejszenie kontaktu i oddanie mu sterów.

 

 

Czyim tempem na szczyt wieżowca?

Trawienie takich decyzji, szczególnie że podjętych pod taką presją nie jest łatwe. W tamtym okresie pracowałam z psychologiem nad odbudowaniem siebie po nieudanym małżeństwie z moim eks, ale przede wszystkim nad odnalezieniem połączenia z samą sobą i odzyskaniem kontroli nad moimi emocjami. Kontrola gadziego mózgu to sztuka może nie tajemna, ale nie jest to prosta sprawa.

Zawsze łatwiej mi było zrozumieć rzeczywistość za pomocą użycia metafor, odniesień i porównań. W trakcie rozmowy o zaistniałej sytuacji z moją psycholog Magdą Widłak-Langer, taka metafora nadeszła sama.

 

Zobaczyłam przed sobą wielki wieżowiec, niezliczoną ilość pięter, okien i gdzieś w cholerę daleko i wysoko, jego dach. Ja stałam gdzieś w jednej trzeciej jego wysokości i z niecierpliwością stukałam w barierkę, zastanawiałam się, gdzie jest Nikodem, dlaczego tak długo zajmuje mu dotarcie tutaj. Potem przyszła wizja Nikodema, stojącego gdzieś na klatce schodowej, zdyszanego i gotowego poddać się i usiąść na schodach z rezygnacją. Ta wizja pozwoliła mi zrozumieć, że my poruszamy się po piętrach w innym tempie. Z jakiegoś powodu ja byłam w stanie wjechać windą na 15 piętro, a Nikodem musiał poruszać się schodami.

 

Wizja schodów, wind i samego wieżowca od tamtego momentu towarzyszyła mi wielokrotnie, z czasem dochodziły inne elementy, inne postacie, dodatkowe utrudnienia. Za każdym razem, kiedy niecierpliwiłam się, dlaczego Nikodem nie jest na tym samym etapie w związku co, ja przypominałam sobie te schody, zakręcające korytarze i mnie jadącą windą i podziwiającą widoki po drodze.

Mieliśmy i ciągle mamy inne tempo poruszania się po meandrach naszego związku. Czyje tempo wybrać, by dostać się na szczyt wieżowca i po drodze się nie poddać, nie pozabijać?

 

Konstrukcja wieżowca i nasze drużyny

Na początku naszego związku byliśmy z Nikodemem i dzieciakami w jednym plutonie i składał się on z dwóch drużyn. Byłam ja, no i był on z dziećmi.

Nasz wieżowiec miał nieznaną nam ilość pięter, więc znaliśmy cel, ale nie wiedzieliśmy, jak daleko do niego jest. Było w nim kilka klatek schodowych i kilka wind i każdą z tych dróg można dostać się na dach. Z racji faktu, że byłam w naszym plutonie sama, to miałam swobodny wybór, którą z dróg na danym etapie chciałam podjąć, nosiłam na swoich barkach plecak wypchany tylko swoimi rzeczami, więc był lżejszy i miałam możliwość niesienia czasem bagażu Nikodema bez uszczerbku na swoim zdrowiu i kondycji. Miałam dwie wolne ręce, więc kiedy się potykałam, mogłam się uchronić od upadku lub uderzenia. Z drugiej strony byłam w mojej drużynie sama, szłam swoim tempem, czasem, kiedy miałam wątpliwości, nie mogłam się nikogo zapytać o radę, czasem się wahałam. Kiedy się bałam, mój strach się rozrastał i jedynym sposobem, by powrócić do siebie, to odszukać bezpieczne miejsce lub odnaleźć resztę plutonu, drużynę Nikodema.

 

czyje tempo

 

Drużyna Nikodema była dowodzona przez niego, ale członków miała trzech. Nikodem na swoich barkach niósł nie tylko swój bagaż, ale też jego dwójki, małych dzieci. Nie mogli poruszać się windą, więc pozostawały im tylko schody. Z perspektywy osoby poruszającej się windą i czekającej gdzieś w górnych partiach wieżowca, nie widziałam, z czym zmaga się po drodze Nikodem, a tam odbywały się ich małe dramaty. Czasem musieli wrócić się kilka pięter niżej, bo akurat któreś z dzieci chciało do toalety, czasem ktoś coś zostawił, a czasem zwyczajnie byli zmęczeni i musieli odpocząć. Kiedy Nikodem upadał, w dłoniach trzymał malutkie dłonie swoich dzieci, Maksa i Livii, upadki bolały i zniechęcały do dalszej walki. On się męczył, ja się niecierpliwiłam. Nieświadoma bitw, jakie musiał raz po raz staczać, popędzałam go. Jasne bywały momenty, kiedy dzieciaki przejmowała mama, Nikodem wtedy wskakiwał ze mną w windę i równym tempem ruszaliśmy kilka pięter wyżej. Tylko czy zawsze było to sensowne? Często tempo jazdy go przerażało, czasem zwyczajnie nie miał siły na wspólne podróże. Przyszedł ten moment, kiedy sens istnienia całego plutonu stanął pod znakiem zapytania. Musieliśmy nauczyć się współpracować, komunikować i wspierać.

 

Jego czy moje tempo?

Pytanie brzmi: w jakim układzie jesteście? Jeśli jesteś bezdzietną macochą lub ojczymem to mam dla Ciebie złą wiadomość — tempo wspinania się, dostosowuje się do najsłabszego w drużynie. Nie możesz oczekiwać od 5-latka czy 14-latka lub człowieka z najcięższym bagażem, że będzie przemierzał klatki schodowe jak młoda kozica, czyli Ty. Masz dwa wyjścia, przyzwyczajaj się, że czasem będziesz czekać, lub zacznij działać w tej samej drużynie.

Jeśli postanowicie wybrać osobne tempa, z okresowymi momentami synchronizacji to musicie skupić się na komunikacji. Jasne cele i zamierzenia, częste rozmowy o tym, jak aktualnie wygląda sytuacja w poszczególnych drużynach i jakie są wasze potrzeby i problemy, musicie zacząć wspólnie planować dane etapy wspinaczki na szczyt wieżowca. Uzgadniajcie, kiedy drużyna z dzieciakami potrzebuje pomocy i wsparcia, a kiedy przyjdzie moment, że jedziecie we dwójkę na szczyt windą. Jako drużyna solo, planuj co chcesz robić w momentach czekania, zajmij się sobą, rozwijaj się, wykorzystuj ten czas na tyle dobrze, aby nie czuć, że marnujesz czas. Kiedy poczujesz, że jesteś zniecierpliwiony, wróć do początku tego akapitu — komunikacja!

Jeśli zaczniecie działać w tej samej drużynie, przyzwyczaj się do tego, że to nie będzie Twoje tempo. Może z czasem nauczysz się nie wyskakiwać przed szereg, może przestaniesz ich poganiać, wzdychać i marudzić na wzmiankę o kolejnym przystanku. Będziesz musiała/musiał nauczyć się dźwigać bagaż, który nie jest twój, czasem będziesz na końcu szeregu, czasem pójdziesz na zwiady. Wszystkie inne wytyczne są takie same jak w wersji pierwszej. Komunikacja, planowanie, rozmowy i strategia.

 

 

Obie wersje trudne. Czy są wykonalne? Powiem Ci za jakieś 15 lat, bo ja ciągle się wspinam i wybrałam wersję drugą. Przetestowałam obie, nie potrafię czekać, walka solo nie jest moją najmocniejszą stroną. Mogę walczyć solo za naszą czwórkę, przynajmniej wiem, po co to robię. Czy jest lekko? Za żadne skarby!!! Bywają okresy, gdzie nie możemy się zsynchronizować, idziemy różnym tempem i wzajemnie się irytujemy. Doszła do naszego bagażu depresja Nikodema, ciężar choroby siłą rzeczy musieliśmy rozłożyć na nas dwoje. Nie ma wycieczek windą na szczyt wieżowca, nauczyliśmy się cieszyć tym, co znajdujemy na kolejnym piętrze naszego wieżowca. Los tak chciał, że musieliśmy zrezygnować z wind, windy destabilizują, wprowadzają chaos.

 

Jeśli każde z was ma swoją drużynę pełną dzieciaków, jeśli zawsze wspinacie się zbiorowo, to nie pozostaje wam nic innego jak osobne tempa. Nie jesteśmy w stanie wymagać od różnych dzieciaków, z różnym ciężarem bagażu, inną kondycją, wymaganiami, aby wspinały się w tym samym tempie. Dlatego najcięższa praca spoczywa na was dorosłych, rodzicach. Zrozumcie, że czasem będziecie się poruszać innymi klatkami schodowymi… Musicie się komunikować, spotykać gdzieś pomiędzy i planować co dalej. Czasem uda wam się spiąć swoje drużyny w jedną, wtedy wyjdą konflikty i problemy między członkami drużyn, ale to normalne i naturalne. Będzie wam trudno, ale wielu z was się uda!

 

Patchwork jest nazywany patchworkiem nie bez powodu. Wikepdia: “metoda szycia, w której zszywa się małe kawałki materiału w większą całość, tworząc nowy wzór” – dokładnie tym jest rodzina patchworkowa, różnymi kawałkami zszytymi w całość.

Nie ma złotego środka, nie powiem wam, czyim tempem masz się moja macocho, ojczymie poruszać. Usiądź i spokojnie rozważ, która wersja Ci bardziej odpowiada, ale im szybciej zrozumiesz, że nic w tym układzie nie zależy od Twojego tempa, tym szybciej opracujesz strategie, która doprowadzi was do sukcesu i na sam szczyt. Wiążąc się z mężczyzną, kobietą z dziećmi wybierasz drogę współpracy, cudzy balast, cudze dramaty, nieplanowane postoje, okresy przestoju. Nauczysz się z tym żyć lub polegniesz.