Kiedy dwie osoby się kochają, to jest pięknie. Dochodzą dzieci i jest inaczej, ale póki wszyscy się kochają i szanują, to ciągle jest pięknie. Wszystko się zmienia, gdy zabraknie miłości. Żale, frustracje i niekontrolowane emocje, potrafią wieloletnich przyjaciół zmienić we wrogów. Wtedy, jeśli są dzieci, to nic nie jest piękne. Zaczyna się walka i ciągle, w tak wielu przypadkach, dzieci są bronią używaną przeciwko jednemu z rodziców.

Dzisiaj jak co niedziele, historia naszych czytelników. Zapraszamy.

 

Historia mojego M zaczyna się od tego, że gdy miał 22 lata poznał swoją przyszłą żonę. Byli razem 5 lat, gdy wzięli ślub. Była od niego dużo młodsza. Po ślubie, mówiąc delikatnie, wszystko się zmieniło. Po roku urodziła pierwsze dziecko. Po wspólnych ustaleniach on wyjechał do pracy poza Polskę, by moc utrzymać rodzinę. Po jakimś czasie ściągnął ja do siebie. Po roku stwierdziła, że tęskni za rodzina. Chciała lecieć do Polski, a właściwie tam wrócić. Bo już go nie kocha. Jest nieszczęśliwa. Na lotnisku powiedziała mu, że jest w drugiej ciąży. Właściwie został postawiony przed faktem dokonanym. Cała ciąże mieszkała w Polsce.

On oczywiście walczył o rodzinę. Jego uczucia nie miały tu znaczenia. Już jej nie kochał, ale uważał, że rodzina jest najważniejsza. Po wielu namowach wróciła z dziećmi do niego. Znów wytrzymała rok i bez jego zgody zabrała dwójkę dzieci i wyjechała. Złamała mu serce. Odebrała nadzieje. Wiarę w ludzi. Sądownie ustalili separacje i kwestie wychowania dzieci oraz alimentów.

 

 

Gdy stracił sens życia, poznał mnie. Wtedy dowiedział się, jak wartościowym jest człowiekiem. Uwierzył, że można go kochać. Przede wszystkim można go szanować. Jego dzieci zostały przeze mnie od początku zaakceptowane. Uważam, że matka je skrzywdziła. Tak samo, jak jego. Kiedy ma z nimi widzenia oddaje się im całkowicie. Wręcz mówię mu, że ja go mam 365 dni w roku i im należy się czas z nim. Jako że jestem dla niego ważna, postanowił wszystko uregulować. Ta kobieta, mimo że sama zniszczyła mu życie, doprowadziła go do krawędzi cierpliwości, teraz stara się utrudniać mu życie. Nie chodzi tu o to, że coś jej się należy. Chodzi o to, by uprzykrzyć mu życie. By zatruć mu dzień. By zadać mu ból. Rozwód już mają, za porozumieniem stron. Choć i w sądzie musiała się nagadać tak, że sędzia jej powiedział, że mówi nie na temat. Tylko dlatego zgodziła się na porozumienie, bo dał tyle pieniędzy, ile oczekiwała i ma dość wysokie alimenty.

 

dzieci są bronią

 

To jednak nie powstrzymuje jej przed wymyślaniem różnych drogich prezentów. Dofinansowania remontów i innych tym podobnych. Manipuluje go dziećmi. Ciągle oskarża go, że nie dając jej, odbiera dzieciom. Wymyśla różne wyjazdy w trakcie, gdy jest pora kontaktu z dziećmi. Gdy dzieci są pod jego opieka, non stop ingeruje w to, co on robi. Pisze mu wiadomości co powinny jeść, jak powinny być ubrane. Wie, że ułożył sobie życie i tak bardzo ją to denerwuje, że stara się go na wszelkie sposoby wyprowadzić z równowagi. Szantażuje, że albo da jej dodatkowe pieniądze, albo znajdzie dzieciom inne zajęcie niż rozmowa z ojcem.

 

To smutne. Uważam, że wręcz obrzydliwe. Jak wielkim trzeba być egoistom, żeby zrujnować komuś życie i nie umieć dać sobie na wstrzymanie. Jak wielkim trzeba być egoistom, żeby rujnować życie własnym dzieciom. W jakim świecie żyjemy, że kobieta, matka stawia własną satysfakcję ponad szczęście własnych dzieci. To okrutne. Na szczęście on ma na tyle oleju w głowie i tak rozsądną kobietę, że walczy o kontakt. Buduje w dzieciach przekonanie, że pomimo odległości kocha je, tęskni i dba o nie. Choć są jeszcze małe wiedzą, że mogą na niego liczyć.

 

Uważam, że wszystko, co robimy, wraca do nas. Dlatego jemu zwróci się jego dobro. Ona zaś takim postępowaniem osiągnie inny skutek, niż zamierzyła.

 

——————————————————————————————

 

Nie raz słyszałem o takich historiach. Nierzadko, kobiety traktują ojców swoich dzieci niczym sponsorów. Myślę, że to także wynika ze stereotypów i standardów, w jakich się mówi o ojcach poza związkiem, czy po jego zakończeniu. Nierzadko przedmiotowo, nierzadko jako tego złego. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że są faceci, ojcowie, którzy są zagrożeniem dla swoich dzieci, niedojrzali, nadużywający alkoholu czy sięgający po przemoc. Są też matki, które robią pranie mózgu swoim dzieciom, alienują ojców swoich dzieci, by poprawić sobie samopoczucie, pokazać niby swoją wyższość wymyślając co rusz to nowe przeszkody do przeskoczenia.

Takie matki nie mają w sercu dobra dziecka, takie matki to zwykle żałosne kreatury, które takimi sposobami podwyższają swoją samoocenę. Trudno mierzyć wszystkich jedną miarą. Alienacja rodzicielska istnieje, występuje w każdym kraju, jednak w większości wojujących głośno ojców to oszołomy, którym nie dałbym śpiącego dziecka do popilnowania. Jest cała masa dobrych ojców, którzy są ofiarami systemu.

Należałoby zmienić system, ustalić obowiązkowe mediacje tym, którzy grają dziećmi i szukają sposobu na wzbogacenie się. Coraz więcej mówi się o skuteczności opieki naprzemiennej, u nas to działa. Należy jednak zacząć od pracy nad sobą, psycholog, terapeuta i wiedza na temat rozwiązywania kryzysowych sytuacji po rozstaniu z uwzględnieniem opinii dziecka.

 

Rodzice zawsze powinni kierować się nie tylko dobrem dziecka, ale jego opinią, Nawet gdy jest małe, nawet gdy wydaje się, że nie zrozumie, powinniśmy zapytać, dać mu możliwość wypowiedzenia się. Co dla wielu jest ciągle dość dużą abstrakcją.

Z drugiej strony cholernie mi żal takich ojców, zastanawiam się, przez co przechodzą i co sam byłbym w stanie zrobić, by zobaczyć swoje dzieci. Jak bardzo byłbym w stanie schować głęboko w kieszeń swoją godność, by być bliżej swoich dzieci. Nie omieszkam napisać, że granie dziećmi powinno być surowo karane. U nas w Szkocji zakładamy, że miejsce dziecka jest przy rodzinie, przy mamie i tacie. Szukamy sposobu na wyrównanie tych poziomów i dogadanie się ku dobru dziecka. Może kiedyś takie standardy będą czymś oczywistym dla rodziców, polityków, ustawodawców i profesjonalistów. Nie traktujmy ojców jak zło konieczne. Nie odsuwajmy ich, nie wiktymizujmy, ku uciesze teściowej i mamusi.