Kilka tygodni temu ktoś zapytał mnie, czy ja i dzieciaki Nikodema już się do siebie przyzwyczailiśmy. Po sekundzie przyszła odpowiedź, w zaskakująco płynny sposób odpowiedziałam, że to jest proces, który ciągle trwa i pomimo mijających miesięcy, już nawet lat, my ciągle się zmieniamy. Codziennie rano wstajemy troszkę inni, dzieci rosną, stają się bardziej wygadane, mają humory, strzelają fochy, mają nowe smutki i radości. Tak samo z nami, ja i Niko i nasza relacja ciągle ewoluuje. Każdego dnia podejmuję decyzję czy mam kochać, wychowywać, wspierać czy może uciekać jak najdalej. W każdej nowej sytuacji podejmuje decyzje, jakie podejście do pasierbów mam wybrać?

Powiem szczerze, że nigdy nie czułam się dobrze w roli tej, która wprowadza zasady i ustala sposoby postępowania. Praca — to inna broszka, nauczyłam się jak zarządzać zespołem, jak pisać procedury, szkolić ludzi i być liderem, którego ludzie szanują. W domu, w praktyce — LIPA!

Ponad rok temu przeprowadziłam z moją Panią psycholog rozmowę o tym, dlaczego tak bardzo wkurza mnie, gdy Livia przerywa w połowie zdania, przeszkadza w obiedzie, dlaczego odczuwam dyskomfort, fizyczny i psychiczny, kiedy jej buzia czy ręce są za blisko mojej twarzy, dlaczego brak kontaktu wzrokowego z Maksem powoduje, że mam trudności z utworzeniem relacji. Prosta odpowiedź — nie mam dzieci. Jestem przyzwyczajona do konkretnego, trochę może oficjalnego i biznesowego sposobu nawiązywania więzi i poznawania ludzi. Większość przyjaźni i relacji nawiązywałam w pracy lub przez ludzi, z którymi pracowałam. Nikt mi nie przerywał, jak mówiłam, nie wkładał palca w oko i dotykano mi twarzy tylko w konkretnych, przewidywalnych sytuacjach. Kwestia Maksa — w neurotypowo postrzeganym świecie odwracanie wzroku, unikanie kontaktu i nieodpowiadanie to oznaka tego, że ktoś nie czuje się przy Tobie komfortowo, nie lubi Cię. Zasady mogły mnie spisać na stracenie, ale nie dałam się!

Trzeba było podjąć decyzję, jakie podejście do tych moich pasierbów (brzydkie słowo) wybrać. Skoro nie czuje się komfortowo w roli tego, który narzuca tym małym istotą zasady i bariery obowiązujące w domu, ale za to mam ustabilizowaną komunikację z Nikodemem to chyba najlepiej będzie zostać przyjacielem, kompanem, przewodnikiem.

Żeby moje słowa nie były wyciągnięte z kapelusza, to powiem wam, że kilka dni temu Livia strzeliła focha wychodząc z restauracji. Już nie pamiętam, o co chodziło, ale skończyło się tym, że Maks z Nikodemem już wychodzili, a ona z nosem na kwintę, szła, ciągnąc za sobą po ziemi kurtkę, co krok depcząc to rękaw, to kaptur. Podeszłam i zapytałam, Livia, o co chodzi. Odpowiedział mi dziecięcy foch i tupnięcie nogą, więc padło z moich ust magiczne „Livia, co to jest za zachowanie?”. Nie mam pojęcia czy z wychowawczego punktu widzenia to pytanie miało sens, zapewne nie, bo ponoć, kiedy dzieciak ma focha to i tak nie jest w stanie interpretować i zrozumieć naszych słów. Emocje zalewają mu mózg.

Co ma znaczenie za to, że to zdanie w moich oczach było obdarte z autentyczności. Maks z drugiej strony ma mój autorytet w nosie, więc w jego przypadku to od samego początku ograniczyłam się do dbania o to, że jest bezpieczny i przestrzega zasad narzuconych przez rodziców jak np. nie ma Ipada od poniedziałku do piątku, nie ma słodyczy przed snem i nie ma niszczenia. Kiedy wkraczam do akcji czy to przy Livii, czy przy Maksie i nie odnoszę sukcesu, powtarzam dany komunikat ponownie, odnosząc się do zasad, emocji i empatii. Np. kiedy Livia nie chce sprzątać po wspólnej zabawie, pytam, jak ona się czuje, kiedy musi sprzątać zabawki po Maksie mimo tego, że bawił się on. Gdy Maks próbuje dostać Ipada z górnej półki, mimo tego, że jest środa, jasno zaznaczam „Nie Maks. Jest środa, nie takie są zasady. Ipada mamy tylko w weekend”. Zgadnijcie, jaka jest reakcja w 90% przypadków? Foch, czasem płacz, czasem trzasną jakieś drzwi. Takich sytuacji nie ogarniam, biorę to personalnie, winię siebie i najczęściej szukam poparcia w Nikodemie. Komunikuje mu, co się wydarzyło i upewniam, że wszystko zrobiłam dobrze, szczególnie jeśli chodzi o Maksa.

Nie czuje się w odpowiednim miejscu, żeby wprowadzać jakieś zasady w domu, nie czuję tego. Nie jest to dla mnie naturalne i chyba też przypominam sobie, że jako dziecko miałam w nosie, co mówiły mi babcie, ciotki, starsze kuzynki. Mamy, taty i nauczycieli w szkole się słuchałam, do pewnego czasu, ale to już inna kwestia. Nie umiem się bawić w dyscyplinę. Mam zasady i są one jasne, jest ich tylko kilka i tych zasad się trzymam i potrafię ich obronić. Ciągle ich egzekwowanie przychodzi mi z trudem i czasem reaguje fochem na focha, ale zdania nie zmienię.

  • przebieramy się w sypialni lub łazience, a brudne ciuchy idą na kupkę w sypialni lub prosto do pralki
  • śmieci idą do śmietnika, koniec kropka
  • żadnych zabawek, kolorowanek, kredek itp na podłodze w innych pokojach niż pokój dzieci – co znajdę na ziemi ląduje do śmietnika
  • bez “proszę” nic nie daję
  • spanie z tatą tylko raz w miesiącu i ma być, wcześniej ustalone ze mną

Jak widzicie, to nie jest dużo, a i tak fochy się zdarzają i ja mam problemy z egzekwowaniem tych zasad.

Stąd dużo naturalniej przyszło mi wybranie zupełnie innego podejścia do tych moich pasierbów. Jestem wszystkim, czego chcą. Jak pisałam w jednym z wpisów. Jako macocha mam komfort, że mogę być, kim chcę i kim kogo tego dzieciaki potrzebują. Bawię się, pokazuje świat, robię eksperymenty i odkrywam nowe rzeczy, pilnuje, żeby byli bezpieczni, zadbani i nakarmieni, kiedy są u nas. Wspieram ich w wyborach i rozwoju, szukam nowych zajęć, śmieje się, gilgoczę i rzucam poduszkami. Z drugiej jednak strony przestrzegam ustalonych zasad, pilnuje, żeby swoimi dziecięcymi sposobami nie zrobili sobie krzywdy, czasem zwracam uwagę, zdarza się, że staje okoniem i mówię “nie ma bata, będzie po mojemu!”.

 

Wszystko to jest kwestią chwili, spontaniczności, to się zmienia zależnie od tego jak dzień mam ja, jaki dzień mają dzieciaki. Niezmienne są dwie rzeczy:

  • wspieram Nikodema w jego wychowaniu dzieci, on ma autorytet, on jest tatą, on jest rodzicem. Czasem się z jego decyzjami nie zgadzam, ale tu przychodzi, zasada numer dwa
  • nigdy nie kwestionuje decyzji Nikodema przy dzieciach, zwracam mu uwagę, kiedy wyjdą, kopne go w kostkę, dam znak wyrazem twarzy, ale nigdy nie umniejszam jego autorytetu. Czasem zasugeruje w formie pytania inne rozwiązanie, tak żeby wyglądało, że jest to ciągle jego decyzja

Może być to przez wiele kobiet postrzegane jako słabość dla mnie to podejście do pasierbów, jakie wybrałam, naturalnie i bez żadnych poszukiwań w internecie czy książkach. Wiem, że jestem w unikatowej sytuacji — mama dzieci jest w miarę neutralna, dzieciaki są po połowie u nas i u mamy, nie mam swoich dzieci i nie mamy wspólnych dzieci z Nikodemem. Taki układ spraw daje mi ten komfort, że mogłam sobie na takie podejście pozwolić.

Teraz szokująca informacja. Co powiedzielibyście, gdyby wasze naturalne podejście do tak ważnej kwestii okazałoby się zgodne z badaniami naukowymi przeprowadzanymi na drugim końcu świata?

 

Tych, którzy chcą zgłębić temat, zapraszam do linku w poniższym wstępie. Sam tekst jest pełen historii z życia pasierbów. Przytoczonych jest wiele cytatów odnośnie relacji z macochami i ojczymami. Nawet jeśli nie jesteś zbyt zainteresowany samym badanie, może warto spojrzeć na inną perspektywę.

Wiele dzieci spędza część ich dzieciństwa, mieszkając w domu z macochą lub ojczymem. Nie zdołałam dotrzeć do badań naukowych prowadzonych w Polsce, które dokładnie by opisywały, o jakich numerach mówimy w Polsce, dla przykładu w Australii jedna na dziesięć rodzin zawiera jednego pasierba, a w USA mówi się o ok. 11.5% rodzin. Jednak w 2016 roku w Polsce było orzeczonych 63 497 rozwody, z czego 37288 z rozwiedzionych par miało jedno lub więcej dzieci. Możliwe, że te dzieci będą kiedyś miały macochy lub ojczymów i to jaka relacja między nimi będzie funkcjonować, będzie miało diametralny wpływ na to, jakimi ludźmi będą, jakie związki będą budować, jak będą radzić sobie w szkole i na studiach i jak będą w przyszłości wychowywać swoje dzieci. Tak moi drodzy, relacja dzieci z macochą czy ojczymem ma równie duże oddziaływanie na dzieciaki co relacja z biologicznymi rodzicami, czy rówieśnikami – czy wam się to podoba, czy nie.