Dziś moje 38 urodziny. 12.09.1981. A co gdyby mi przyszło odejść w tym dniu. Wydaje mi się, że jestem gotowy na śmierć.

Gdyby śmierć zapukała, opuściłbym ten świat, nie błagając o litość. Byłoby smutno zostawiać moich bliskich, niemniej jestem zadowolony z tego , jak wyglądało te 38 lat, które zostawiam za sobą. Każdy dzień, potraktuję jako bonus. Bez stresu, bez presji. Ciesząc się każdą dodatkową minutą. 

Pierwsza poważna śmierć

 

Stało się, minęło już prawie czternaście lat, od kiedy odszedł mój ojciec. To był surowy, aczkolwiek wspaniały człowiek, nie zawsze nam było po drodze, ale zawsze był dla mnie wzorem w wielu sytuacjach. Był otwartym człowiekiem, mimo swojej niepełnosprawności (niesłyszący) był świetny w komunikacji z ludźmi wokół niego. Potrafił wybudować dom, rozłożyć auto na części pierwsze i złożyć, naprawić cieknący kran czy ogarnąć ogród.

Był z niego świetny kierowca, przez 30 lat posiadania prawka nigdy nie miał nawet najdrobniejszej stłuczki. Był też nieźle odjechany w młodości. Jeździł Junakiem z koszem, kiedyś też przez przypadek dowiedziałem się, że miał w sobie pierwiastek rock n rollowca. Gdy raz jego ojciec, a mój dziadek dał mu syrenkę, by pojechał na Wisłę ją umyć, mój staruszek, romantyk, zamiast nad Wisłę  pojechał z Grudziądza  do Wejherowa do mojej mamy gdzie się uczyła. Nie było go parę dni, nie było wtedy komórek, smsów, zniknął.

 

Gdy byłem młodszy, doszły mnie też słuchy, że dziadek dowiadywał się o wojażach mojego staruszka po upływie wielu miesięcy, gdy przychodziły do domu bilety kredytowe za przejazdy PKP to z Krakowa, Warszawy czy Wrocka. Ojciec miał w sobie iskrę, jego niepełnosprawność nie była w stanie go zatrzymać, a bynajmniej starał się usilnie, by go nie ograniczała.

 

Piękne prawda? Inspirujące.

 

Był taki okres, gdy, nie potrafiliśmy się dogadać. Moje czasy nastoletnie, używki, alkohol, głowa w chmurach i problemy w szkołach. Teraz chyba wiem, skąd we mnie ten sam pierwiastek szaleństwa i wolności w sercu. Gdy wyjechałem do Londynu, był ze mnie taki dumny, nasze relacje się poprawiły. Cieszył się, że jego syn wychodzi na ludzi i idzie w wielki świat. Zaraz po tym zachorował na raka i wszystko się zmieniło. Kiedy widziałem go na początku roku, był uśmiechnięty, zadowolony, na wcześniejszej emeryturze. Miał na dziąśle narośl, która okazała się ostrym przerzutem, na operację było już za późno. Było ich kilka, na wątrobie miał 11-centymetrową narośl i parę innych w sobie. Czuł się dobrze, nie odczuwał bólu, pierwsza chemia zakończyła wszystko…

 

Miałem plan popracować ciągiem miesiąc i przylecieć do PL na kilka tygodni, wiedząc, że nie ma wiele czasu, pomyślałem, że to dobry pomysł. Miałem plan, że gdy będę przy nim, zrobimy razem rzeczy, których wcześniej nie mieliśmy okazji uczynić. Wyjść do kina, zabrać go do knajpy, pojechać z nim na ryby, cokolwiek wpadnie mi do głowy. Nie zdążyłem, któregoś wieczoru po pracy dostałem telefon, że odszedł. Kupiłem bilet na za trzy dni i prosto z lotniska zostałem przywieziony do domu, przebrałem się w koszule i pojechaliśmy do kaplicy. Spoglądając na otwartą trumnę, w której leżał mój tata, w zasadzie, tylko cień człowieka, którego znałem i kochałem. Osobiście wolałbym zapamiętać ojca uśmiechniętego, takiego, gdy widziałem go po raz ostatni.

 

Od chwili telefonu o odejściu ojca piłem na umór, do tego stopnia, że zaspałem na autobus na lotnisko i musiałem wzywać taksówkę. Piłem rano, w dzień i wieczorem, poleciałem pijany, piłem w samolocie i piłem po pogrzebie, nieco mniej, bo nasza mama potrzebowała wsparcia.

 

gotowy na śmierć

 

Chyba pół roku po tym byłem w stanie zawieszenia, piłem po pracy na umór, do pracy chodziłem na bani lub na mega kacu. Szokujące. Nie poradziłem sobie z tym.Przestałem uczęszczać na pogrzeby, a oprócz tego porozmawiałem z mamą i wyjaśniłem jej, że gdy już odejdzie to nie pojawie się na ceremonii. Nie chcę, to nie naturalne, nie dla mnie. Zapale znicz, gdy już wszyscy pójdą lub nazajutrz. Wyjaśniłem mamie, że to jest coś, co czego nie rozumiem. Płacz, lament i to w grupie. Publicznie. Nie pojmuję tego. Co innego, gdyby pogrzeby odbywały się w stylu gospel. Żegnamy kogoś i cieszymy się, że odchodzi do lepszego miejsca, do nicości gdzie już nie musi martwić się o nic. Wtedy owszem.

Coś we mnie pękło. Przestałem odczuwać  głęboki smutek i nie potrafię współczuć, gdy komuś odchodzi bliska osoba, czuję pustkę. Wiem, że wypada złożyć kondolencje, ale nie czuję tego w sercu. Śmierć jest dla mnie jak powiedzenie komuś: trudno, stało się. Zupełnie beznamiętna. Na każdego przyjdzie czas.

Jeśli chodzi o mnie, stwierdziłem, że chcę być skremowany. Idea zżerających mnie robaków nie napawa mnie radością, chciałbym zostać rozsypany w jakimś miejscu powiązanym ze mną, nie posiadać nagrobka i nie mieć fizycznie miejsca na cmentarzu. Nie chcę tego. Część prochów wysypcie do morza, część gdzieś w górach Szkocji. Tyle.

 

W dniu moich 38 urodzin czuję, że gdyby przyszło mi teraz odejść, przyjąłbym to na klatę. Miałem cholernie fajne życie, zwiedzałem, doświadczyłem miłości, przygód, przyjaźni. Spróbowałem masę narkotyków, alkoholu, dzikiego i namiętnego seksu z kobietami, żeby nie było. Przeszedłem przez ciężkie chwile, byłem na odwyku, otarłem się o śmierć i mimo wszystko uśmiecham się każdego dnia. Miałem kilka zespołów, wspiąłem się na kilka szczytów, dotknąłem piasków Afryki i chodziłem boso po trawie. Najważniejsze jest jednak to, że mam wspaniałe dzieciaki na miejscu, a w Polsce syna, z którym od niedawna mam kontakt. Mam pracę, którą kocham, a co najważniejsze, nie czuję presji i potrzeby udowadniania nikomu, czy też sobie czegokolwiek. Mając 38 lat, czuję się spełniony.

Mogę umierać. Każdy dzień jest bonusem. 

 

 

This website uses cookies to offer you the best experience online. By continuing to use our website, you agree to the use of cookies.