Jak wiadomo, wszyscy kiedyś byliśmy młodzi i gdyby zapytać każdego przechodnia na ulicy, to na 100% miałby w rękawie jakąś ciekawostkę ze swojej młodości. Jedni z nas wiedli spokojne, poukładane i grzeczne życie. Inni, tak jak ja… No cóż, powiedzmy, że grzeczna to ja nie byłam! 

Nie mam zbyt wielu tajemnic, jak jakieś są to zbyt intymne, żeby wyskoczyć z nimi w internecie. Mam jednak kilka ciekawostek, którymi mogę się z wami podzielić. Miałam, jak dla mnie, całkiem normalną młodość i niewiele bym w życiu zmieniła. Jedziemy z tym koksem, zapraszam was na kilka rzeczy, których nie wiedzieliście o Wydziaranej Macosze. 

 

Przejechałam Polskę autostopem

 

Może jest to typowe dla ludzi urodzonych przed 1990 rokiem lub tych, których ja znam, ale sporo moich znajomych to robiło. Jedni ze względu na fundusze, a raczej ich brak, inni dla zabawy. Jak było ze mną? Chyba po trochu tych dwóch, ale przede wszystkim z potrzeby zmian, potrzeby ciśnięcia w nieznane i nowe. Miałam genialną ekipę w szkole średniej: “Śnieżynki” i “Green Hill” – dwie grupy dziewczyn, a razem było nas 8: Basia x2, Ola, Alicja, Iwona, Magda, Sylwia i ja. Niektóre z nas były mistrzyniami wagarowania i jakimś cudem ciągle przechodzenia z klasy do klasy. Budziłyśmy się na kacu rano i nagle zapadała decyzja: jedziemy do Krakowa, Cieszyna, Wrocławia. Szczytem naszych osiągnięć był wyjazd na stopa do Sopotu. Podkreślę tutaj, że mieszkałyśmy w Wiśle (tak, tej od Małysza), udało nam się dojechać nad morze w 9,5 godziny. Spędziłyśmy tam kilka dni i wydałyśmy, może 30-50 złotych na głowę. Miałyśmy system — spisywałyśmy rejestracje samochodów (nie zawsze, ale na dłuższe wyjazdy tak), plus miałyśmy przewagę:byłyśmy ładne, młode i wygadane! Często zmieniałyśmy plan w połowie trasy, ktoś jechał do Krakowa zamiast do Katowic, nie ma problemu, tam też będzie spoko. Zwiedziłam dzięki takiemu podróżowaniu wiele pięknych miejsc, zaoszczędzone na autobusach i pociągach pieniądze najczęściej wydawałam na alkohol… Miałam kilka przykrych sytuacji, z reguły jednak na własne życzenie.

Taki mały apel do was: kobiety nie jeździjcie autostopem solo. To proszenie się o tragedię.

 

Edukacja i moje marzenia 

 

Skończyłam jedną z lepszych w Polsce, szkół o kierunku hotelarskim — Technikum Hotelarskie w Wiśle. Byłam jedyną z mojej szkoły, która się wyłamała i poszła do szkoły w innym mieście. Początkowo perspektywa mieszkania w internacie, z dala od rodziców i ich kontroli była upajająca. Z czasem zaczęłam tracić kontakt z moimi bliższymi przyjaciółmi z dzieciństwa, ale pojawiły się nowe.

 

Po ukończeniu technikum nie miałam planu na siebie. Nie chciałam dalej brnąć w tym kierunku, przechodziłam ciągle bunt, do tego na kilka tygodni przed maturą moi rodzice postanowili definitywnie się rozstać. Dało mi to kolejną wymówkę do nierobienia nic. Poszłam do pracy i dalej snułam jakieś tam plany. Zamarzyłam sobie, że zdam na „Kształtowanie i projektowanie terenów zieleni”. Okazało się, że trzeba zaliczyć rysunek techniczny — odpuściłam. Później na tapeta weszło „Psychologia w zarządzaniu zasobami ludzkimi” na GWSH w Katowicach. Ze względu na ciągłe problemy finansowe po rozwodzie moich rodziców, znalazłam powód, żeby odpuścić. Potem poznałam mojego eks męża i wyjechałam do Norwegii. Myśl o studiach została zawieszona na kilka lat.

Mieszkając w Edynburgu, postanowiłam zdać na Pielęgniarstwo Weterynaryjne na Napier University. Zdałam, dostałam się, poszłam, a jak zrobiło się trudno to częściowo z powodu braku wsparcia, przymusu, żeby pracować na cały etat i studiować, a częściowo dlatego, że byłam mistrzem poddawania, się po pierwszym semestrze zrezygnowałam i bez walki o swoje i przyszłość pozwoliłam się wywieźć do Londynu.

 

 

 

Studia wróciły na tapetę, teraz dzięki dojrzałości i doświadczeniu życiowemu wiem, co chce robić. Mam wsparcie Nikodema, dostałam kredyt studencki i wsparcie królowej w postaci odgórnego stypendium. Od sierpnia Wydziarana Macocha będzie chodzić do collegu i studiować Marketing Communications. Planuje ukończyć i edukować się dalej.

 

 

“Poleciałka”

Tak na mnie, przez długie lata mówiła moja mama. Wyszłam z domu w wieku 15 lat, poszłam do szkoły z internatem i od tego czasu podróżowałam, przeprowadzałam się. Zahaczyłam o Francję, Wrocław, Oslo. W Edynburgu przeprowadzałam się z różnych powodów 7 razy, w większości było to szukanie lepszego, innego mieszkania. Potem przyszedł czas na Londyn, kupno domu w Rayleigh – Essex. Potem był rozwód i powrót do Szkocji. Tutaj już na dobre osiadłam, małe ale własne mieszkanie z ogródkiem i plany, ale… No właśnie, ale dusza poleciałki została. Nie ma miesiąca bez jakiejś podróży, jeśli akurat nigdzie nie lecimy z Niko, to organizujemy road trip czy wyjazd w góry.

 

 

Tatuaże i kolczyki 

 

Patrząc na mnie dzisiaj, nie uwierzycie, że kiedyś miałam od groma kolczyków. Dzisiaj zwykłe w uszach noszę tylko od święta. Jako nastolatka miałam w prawym uchu 6 dziurek, w lewym tylko 3. W wieku 16 lat zrobiłam kolczyk w języku, raz na jakiś czas przebijałam brodę, górna lub dolną wargę. Był też Industrial, Helix, Tragus i Daith — wszystkie poza pierwszym ściągnęłam ze względu na nawracające się infekcje. Marzy mi się kiedyś przebicie sutków — czy będę miała odwagę?

 

Jak wiecie, dzisiaj jestem już wydziarana. Pierwszy tatuaż, rajski ptak na prawej łopatce, zrobiłam w wieku 16/17 lat w jednym z lepszych studiów tatuażu w Rybniku, w tamtych czasach na całym Śląsku – Prykas Tattoo. Robiła mi go Darcy, która do dzisiaj u Prykasa pracuje i dziara kolejne pokolenia.

Ciekawostką jest to, że jakimś cudem, na zrobienie następnego czekałam kolejne 10 lat. Mój ex, Michal nie był wielkim fanem tatuażu, więc zawsze byłam skutecznie odwiedziona od kolejnego dziarania. Przyszedł jednak czas, że pierwszy tatuaż troszkę stracił kolor, zrobiłam poprawkę i przy okazji nowy tatuaż. No i się zaczęło… Przez 10 lat nie zrobiłam żadnego, a potem w 4 lata przybyło mi aż 8.

Wszystkie tatuaże mają dla mnie jakieś znaczenie, ale to raczej dobry materiał na osobny wpis. Każdy z nich pojawił się z jakiegoś powodu, dodaje mi jakiejś siły, lub przypomina o konkretnych sprawach.

Rocznie robię dwa – trzy tatuaże. Autorem większości jest Amor z Lucky Hand Tattoo. Dwa były robione przez Glen Andreozzi z Ubran Ink, w Southend-on-Sea. Mój pierwszy, dziewiczy, był zrobiony przez Darcy z Prykas Tattoo.
W kwietniu tego roku, chłopaki ze Śląskiej ekipy Chyba Ty Tattoo, otworzyli studio w Edynburgu. Większość z nich, zna się z moim tatuatorem Amorem, więc jeśli będę się dziarać w OkeyDokey Tattoo, to nie będę go zdradzać 😉

 

 

 

Sporty i zainteresowania

 

W przedszkolu grałam w szachy. Później rodzice zapisali mnie na karate, jednak jako 8-latka nie bardzo dawałam sobie radę w mojej grupie i zbyt często wracałam do domu z łzami, więc rodzice przepisali mnie na taniec rewiowy i akwarystykę. Nie pamiętam, co się stało z tańcem, ale wiem, że akwarystyka skończyła się tym, że mama nie pozwoliła mi chodzić, bo wracałam do domu zawsze za późno i robiłam dramaty, bo wracanie na czas oznaczało ominięcie karmienia żółwi. W międzyczasie przyplątał się tenis. Grałam około 1,5 roku, zrezygnowałam ze względu na treningi zimowe, które odbywały się w hali położonej dobre 30-40 minut jazdy busem.

Byłam kilkukrotnie na obozach pływackich i pływanie po dziś dzień uwielbiam. Jednak moja największa miłością, jeśli chodzi o sporty była jazda konna. Rodzice posłali mnie w wieku 10 lat na pierwsze tzw. “półkolonie w siodle” i tak się zaczęło. Niestety ten sport w UK jest ekstremalnie drogi, jeśli nie posiada się swojego konia…

 

Używki i alkohole

 

Tutaj nie będę się zbytnio rozpisywać, bo to ponoć blog parentingowo – lifestylowy i nie można za dużo kontrowersyjnych rzeczy pisać.

Mam konkretne zdanie na ten temat: wszystko jest dla ludzi, tylko z umiarem.

 

Jako nastolatka, byłam buntownikiem, imprezowałam z ludźmi o 5-6 lat starczymi ode mnie, z różnych środowisk. Z jednymi pijałam piwko i moje ulubione nalewki! Zresztą Leon – mój pierwszy, taki na serio chłopak – był prezesem Nalewka Team. Nawet mam swój profil na stronie!
Z innymi paliłam trawę i spożywałam grzybki. Jak dorosłam i nabrałam odwagi i rozsądku to złapałam się za tzw. kontrolowane używanie innych środków odurzających. Nigdy nie tykałam craku, heroiny i innych takich gówien.

 

 

 

Dzisiaj zdarza mi się okazyjnie i okresowo popalać dla relaksu, a pijam głównie ciemne craftowe piwa, czerwone wino i mój ukochany gin.

 

Ksywki 

 

W końcu wszyscy jakieś kiedyś mieliśmy. Do mnie przylgnęły dwie: Kupa i Ironia. Tej drugiej do dzisiaj używam, zresztą mój prywatno-spamowy email zawiera ten wyraz.

Dlaczego Ironia? Częściowo dlatego, że byłam i jestem wielkim fanem Iron Maiden, po drugie dlatego, że ironia to mój ulubiony sposób komunikowania się z bliskimi. Ponoć ludzie używający ironii oraz sarkazmu jako środka przekazu, są zwyczajnie bardziej inteligentni.

Kupa – ta ksywa przylgnęła do mnie w szkole średniej i nie, nie dlatego, że miałam problemu z trzymaniem kału. Moim ulubionym tekstem było “W kupie siła”, miałam go napisanego nad łóżkiem w internacie, ktoś dorysował wielki obrazek kupy obok niego i tak jakoś zostało.

Ciekawostki z życia wydziaranej
previous arrow
next arrow
Slider

 

To by było na tyle, jeśli chodzi o pewne fakty z mojego życia. Mogłabym pisać o mojej młodości wiele, jednak nie o tym jest ten blog. Myślę, że tematy, które tutaj poruszyłam, mogą być wstępem do kolejnych wpisów, ale co tak naprawdę próbuje wam pokazać w tym wpisie to fakt, że my blogerzy jesteśmy ludźmi z krwi i kości. Mamy swoje pasje, mamy na koncie wpadki, czasem też się poddajemy i mamy swoje wstydliwe sekrety, o których mówimy tylko nielicznym. Możecie nas oceniać, ale możecie też wejść z nami w dialog i znaleźć coś, co nas łączy.

 

To co, kto mnie zaprasza na jazdę konną, lub na wspólną sesję tatuowania? 😉