Nigdy nie wiesz, jak będzie wyglądał poranek ani popołudnie, czy też wieczór. Jak gdyby nigdy nic, może stać się przykry. Budzę się rano, obracam na drugi bok w nadziei na chwilę dla nas, bardzo szybko zdaję sobie sprawę z tego, że obok leży razem z Nikodemem ona — nowa towarzyszka, nasza koleżanka depresja.

 

To nie tak, że od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Depresji nie widać gołym okiem, ludzie długie lata dochodzą do tego, co z nimi nie tak, a ci, którzy im towarzyszą czasem nigdy, tak do końca, nie wiedzą, co się dzieje. Kiedy poznaliśmy się z Nikodemem, wszystko było świeże. On dopiero co rozstał się z mamą Livii i Maksa. Ja po zakończonym małżeństwie, miałam problemy z poczuciem własnej wartości, zaufaniem i tzw. spiralami lękowymi. Każde z nas nad czymś musiało pracować. Nie jestem w stanie wam powiedzieć, czy koleżanka depresja już z nami kroczyła ramię w ramię. Nie ma to też raczej znaczenia, bo zakochałam się w Nikodemie, a on powoli zakochiwał się we mnie.

 

Pamiętam jednak, jak dzisiaj moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Myślę, że był to grudzień 2017. Po raz chyba już trzeci zauważyłam pewnego rodzaju wzór, powtarzający się cykl „dobrze —>źle —> dobrze —> jeszcze gorzej”. Ciężko było mi to dostrzec i dosyć sporo czasu minęło, kiedy w końcu przestałam wierzyć, że coś ze mną jest nie tak. Uwierzcie mi, że Nikodem był bardzo przekonujący na tamtym etapie. Mocno wierzył w to, że ludzkie emocje i energia funkcjonują na zasadzie sinusoidy — muszą być doły, żeby były wyżyny, a ja zwyczajnie nie miałam o tym jego zdaniem pojęcia. Słowa „przecież nie może być ciągle zajebiście” słyszałam dziesiątki razy, powtarzane jak mantra. Teraz wiem, że na pewnym etapie to były już słowa naszej koleżanki depresji.

 

Nie zrozumcie mnie źle, ja wiem, że nie zawsze musi być dobrze, nie da się ciągle jechać na pełnych obrotach, bez momentów na ładowanie baterii i wolniejsze tempo. Tylko że Nikodem nie ładował baterii, nie odpoczywał, nie zwalniał. Przez prawie 18 miesięcy naszej znajomości (do czasu kiedy koleżanka depresja nie zamknęła go na prawie 6 tygodni w domu) Nikodem zapierdzielał jak motorówka, tworzył, pisał, planował. Ciągle cisnął, zawsze musiało być lepiej, dalej, więcej. Kiedy tego nie robił, to wpadał w złość, szamotał się, oceniał siebie i wszystkich wokół niego, winił siebie i mnie za coś, co poszło nie tak, wątpił w sens swojej kariery, tego bloga, naszego związku. Zamykał się w domu, izolował się. To nie był czas odpoczynku i chwilowego odpuszczenia. Po ok. 2 tygodniach takiego dzikiego stanu wracał Nikodem, wracała energia. Wtedy były, wyjazdy, wyjścia, kolacje, seks i śmiechy, burze mózgów i wielkie planowanie.

 

Mam sobie wiele do zarzucenia. Po pierwsze, wierzyłam w to jego pierdzielenie o fazach i sinusoidach, byłam na etapie fascynacji MentalWayem i szkoleniami Wawrzyniaka. Pory roku w związku i życiu to jeden z przewijających się motywów. Zgadzam się z ich istnieniem, ale tylko wtedy kiedy wykluczy się jakieś choroby i schorzenia. Po drugie, tak bardzo zakochałam się w Nikodemie, że wolałam przetrwać te 2 tygodnie fuczenia i zamykania się w domu, bo wiedziałam, że wróci pełen blasku i zajebistości Nikodem. Zwyczajnie zaakceptowałam to, jako część jego osobowości. Po drugim lub trzecim takim cyklu byłam na etapie pełnej akceptacji siebie, wypracowałam z psychologiem głęboką znajomość własnej osoby, swoich stanów umysłu, nadchodzących spiral lękowych itd. Wiedziałam, że coś jest nie halo i wiedziałam, że to nie ja. Co gorsza, Nikodema stany i wahania wprowadzały mnie w spirale lękowe do tego stopnia, że w dyskusjach przez przypadek używałam imienia mojego eks.

 

Pierwsze podejrzeniem nie była koleżanka depresja. Myślałam o tym, że może to jakieś opóźnione skutki uboczne wasektomii. Wraz z gorszymi okresami przychodził też okres abstynencji seksualnej. Jego libido nie istniało. Zasugerowano mi spadki i wahania hormonalne. Zaczęłam grzebać w internatach i doszłam do wniosku, że Nikodem może mieć chorobę dwubiegunową lub pograniczne zaburzenie osobowości. Przestraszyłam się. Jak to będzie? Przecież dopiero sama pozbierałam się do kupy?! Moja psycholog, z którą swoją drogą wcześniej pracował Nikodem, powtarzała, że to Nikodem musi zapytać o pomoc, ja go z pomocą wyszukiwarki Google nie zdiagnozuje, ona za pośrednictwem internetu raczej też nie. Zaczęłam napominać Nikodemowi, że może to nie jest zdrowe, że może powinien znowu pogadać z Magdą.

Myślę, że 2-3 razy miałam moment zwątpienia, zastanawiałam się, czy to wszystko jest mi potrzebne, czy dam radę, przecież mam swoje problemy, nad którymi muszę pracować. W międzyczasie wprowadziliśmy się do siebie z Nikodemem. Zamieszkanie razem, nowa sytuacja, brak możliwości ucieczki Nikodema w samotność, dzieci, pisanie lub pracę zaostrzyły jego stany, jak już teraz wiemy, depresyjne. Cykle „dobrze —>źle —> dobrze —> jeszcze gorzej” były krótsze i bardziej intensywne. Jednocześnie od grudnia 2017 Nikodem zaczął chorować, zatoki i uszy nie dawały mu odetchnąć. Któregoś dnia Nikodem powiedział mi, że jadąc autem, myślał o tym, jakby to było się rozwalić, tak definitywnie i jak bardzo przestraszył się tej myśli. Ja jednocześnie prosiłam Magdę, naszą panią psycholog, żeby z nim rozmawiała. Nawet nie wiem, kiedy Nikodem zdecydował się na telefon do pielęgniarki psychiatrycznej. Pojawił się o tym jakiś wpis. Później była jedna sesja i przyszła fala negacji. Znowu było dobrze, on tak myślał. Były studia mediatorskie Nikodema, więcej rodzin w pracy, więcej wyjazdów, konferencji.

 

Któregoś dnia koleżanka depresja wprowadziła się do domu na dobre. Nie wyjechała, nie wyszła, za żadne skarby nie chciała odpuścić, uczepiła się Nikodema. Kładła się z nami spać, wstawała rano i nie pozwalała mu nawet wstawić kawy. Nie dawała się wyszykować do pracy, bawić z dziećmi i cieszyć czasem razem. Koleżanka depresja przywlekła ze sobą znajomych — stany lękowe. Gnojki były już mi znane, dlatego wiedziałam, jak cierpi Nikodem. Irracjonalne niczym niewytłumaczone napady paniki, skurcze mięśni, przyśpieszone tętno, spocone ciało z jednoczesnymi dreszczami. Oj znam tych skurczybyków. Przyszła diagnoza. Doszły leki, rozmowy z pielęgniarką, sesje z psychologiem. Dużo szczerych rozmów.

 

Nie powiem wam, że zrozumiałam Nikodema, jego stany, lęki, fazy i cykle. Nadano im nareszcie imię — depresja i głębokie stany lękowe. Czy cokolwiek stało się łatwiejsze? W żadnym wypadku. Kiedy nie znamy swojego wroga, mamy obawy, nie wiemy jak go nazwać, ale też możemy sobie wmawiać dla poprawy humoru, że nie będzie tak źle. Możemy to bagatelizować, nadawać temu imię, udawać, że to coś nie istnieje, wiecie jak mówią strach ma wielkie oczy. Nasza koleżanka depresja to wredna suka, wszyscy to wiedzą, statystyki nie kłamią. Leki pomagają, sesje pomagają, natura i dobry sen też. Jest tylko taki jeden problem, w momencie, kiedy myślimy, że depresja się chwilowo wyprowadziła, to budzimy się rano i ona znowu leży w łóżku między nami, odzywa się na zakupach, przeszkadza w zabawie z dziećmi, zabiera nam cenny czas na wakacjach.

 

Zagościło w naszym domu nowe zdanie “Kochanie to nie Ty, ja mam po prostu depresję”. Nienawidzę tego zdania i o tyle o ile uczę się żyć z tą naszą nową towarzyszką, to wybaczcie mi, ale jej nie polubię. Gnida mnie non stop testuje, gra na emocjach, czai się i udaje, że jej nie ma, żeby z zaskoczenia rozsiąść się na kanapie.

 

 Tylko że koleżanka depresja nie wie o jednej rzeczy, ma silnych przeciwników, z bronią masowego rażenia. Nikodem ma dzieci, ma mnie, ma naszą miłość, ma moją świadomość i inteligencję emocjonalną, ma niesamowitych kolegów w pracy, którzy już nieraz podarowali mu wsparcie. Kiedy Nikodemowi brak sił, ja biorę na barki wszystko, co się dzieje, on musi tylko przetrwać kolejny dzień.

 

Najgorszy jest strach i niemoc, kiedy nie ma mnie w domu, kiedy Nikodem jest sam. To już temat na następny wpis. Na depresje choruje jedna osoba, odczuwa ją cała rodzina, temat rzeka więc i pisania sporo…

Sorry moi drodzy, koleżanka depresja zamieszkała z nami i wprowadziła się na bloga. Mam nadzieję, że komuś coś dadzą nasze wpisy, moje przemyślenia, nasze relacje z każdego dnia walki z tą wredną małpą…