Wakacje zakończone, dzieci już w szkolnych klasach, Liv i Maks wracają do szkolnej rutyny. To były wakacje na maksa, odkrywaliśmy to co ważne, pokazując autyzmowi środkowy palec. Co ważniejsze, to Maks odkrywał świat i uczył się go. Ostatnimi czasy to dla mnie bardzo ważny aspekt, a te epickie wakacje na wsi, w domku z widokiem na Beskid, na samym końcu wsi i z dala od cywilizacji dały nam pole do popisu. Dwa tygodnie, pierwszy tydzień, tylko ja i dzieciaki. Totalne zaskoczenie, zmiany w każdym z nas, rzekłbym – zakrzywienie czasoprzestrzeni. Zapraszam.

 

W tym roku uzgodniliśmy z mamą dzieciaków, że ja zaczynam wakacje z nimi jako pierwszy, w Szkocji wakacje trwają sześć tygodni, czyli pierwsze dwa tygodnie ja mam dzieci, potem na dwa tygodnie zabiera je mama, a po tym czasie znów ja ich mam na tydzień i znów mama. Po rozmowie z dzieciaczkami uzgodniliśmy, że wybierzemy się na wieś do domu dziadków Klaudii. Gilowice, ostatni dom pod lasem, nie ma tam nawet utwardzonej drogi. Raj na ziemi. Najbliższy sklep jest 10 min z buta lub czeka Cię wycieczka autem.

Założenie po rozmowie z dzieciakami mieliśmy jedno – doświadczać. Czego? Wszystkiego czego się da, wbrew opinii, wbrew autyzmowi Maksa, wbrew temu co pokazuje dzisiejszy świat. Założyłem, że pokażemy autyzmowi środkowy palec. Każde z nas ciężko pracowało przez ostatni rok, wiele przeszliśmy, wiele też odkryliśmy, te wakacje miały być nagrodą i czasem gdzie nic nie musimy, a możemy wszystko.

Lot z Edinburgh był dość późno w nocy, więc po wylądowaniu zdecydowaliśmy się zostać w hotelu przy lotnisku. Powiem Wam, że już podczas lotu czuć było w każdym z nas ekscytacje. Dzieciaki i ja nadawaliśmy już na wakacyjnych falach. Sączyłem bezalkoholowe piwko, steward mocno się zdziwił gdy zamówiłem Heinekena Zero. Powiedział, że jeszcze nigdy nie zdażyło mu się sprzedać tego piwa, tym bardziej mi smakowało. Ja sam z dwójką dzieci, nie wyobrażam sobie piwkowania w czasie lotu.

 

 

W hotelu wylądowaliśmy kolo jedenastej wieczorem, szybkie mycie i spanie. Apartament był naprawdę ogromny, Wielkie łóżka, przestronna łazienka. Livia oznajmiła mi, że kocha ten pokój i że to jest dla niej “the best day ever”  Nazajutrz, partner Klaudii mamy podjechał do nas z autem, podrzuciliśmy go do Katowic i rozpoczęliśmy swoją wyprawę pod Beskid Żywiecki. Po dwóch godzinach gdy już prawie dojeżdżaliśmy pod Żywiec, Maks ujrzawszy góry westchnął z radością i powiedział uśmiechając się szeroko z błyskiem w oczach – “Mountains, I love it.” Wiedziałem, że będzie epicko.

 

Gdy dojechaliśmy na miejsce czas się zatrzymał. Dla mnie takie miejsca są niepowtarzalne, góralski dom na końcu wsi, pięknie ozdobiony drewnem od środka, taras i zadaszenie pod nim. Grill, huśtawki, miejsce na ognisko, basen i ogromne połacie trawy. Dzieciaki niczym detektywi zaczęły odrywać ten mały świat. Pomieszczenie za pomieszczeniem, opowiadali mi o tym miejscu z takimi wypiekami co najmniej jakbym to ja tu był pierwszy raz. Widziałem tą radość w oczach, Maks na wsi zmienia się nie do poznania, jest radosny, wokalizuje i co mnie najbardziej cieszy, korzysta z chwili i odpoczywa. Taki stan umysłu sprzyja odkrywaniu świata. Żebyście go widzieli, inne dziecko, Livia zresztą też, czas jakby zwolnił, uczucia się wylewały się strumieniami. Przytulanie, buziaki, bliskość, taka piękna wdzięczność, za czas razem.

Wakacje na maksa, czyli Maksa i Livii odkrywanie świata.

 

Robiliśmy wszystko co się dało, pływanie w basenie, koszenie trawy kosiarką spalinową, gotowaliśmy naleśniki, uczyłem dzieciaki obracać je podrzutem. Dałem im garść gwoździ, młotek i stary pieniek by nauczyli się wbijać, dostali ode mnie wkręty i śrubokręt. Innego dnia paliliśmy ognisko, pokazałem im jak trzymać siekierę i bezpiecznie rąbać drewno. Pokazałem jak używać zapalniczki, jak grać w badmintona.

 

Jeździliśmy na wycieczki po okolicznych atrakcjach, po tygodniu przyleciała do nas Klaudia i było jeszcze bardziej wesoło i odkrywczo. Wynajęliśmy rower wodny, dzieciaki miały okazję do popływania po jeziorze, pedałowanie i nawigacja, moczenie nóg w czasie gdy ktoś inny przejmował stery. Radości i przygodzie nie było końca.

W tym wszystkim także, byli ważni przyjaciele, ktoś kogo znamy i lubimy z nimi spędzać czas, ktoś kogo ja osobiście bardzo cenię i ogromnie ciesze się, że nasze dzieciaki mogły się poznać i zaprzyjaźnić. Najpierw oni odwiedzili nas, potem my ich. Livii tak się spodobało u nowego wujka i cioci, że została nawet jedną noc na sleepover u swoich wspaniałych przyjaciół, wiecie co jest najfajniejsze w tym wszystkim? Kiedy cały rok budujesz świadomość autyzmu, dzielisz się swoimi przemyśleniami na blogu czy na innych kanałach i będąc na wakacjach doznajesz od ludzi w około ciebie totalnej akceptacji. Bez zbędnych pytań i ukrytych spojrzeń. Odpoczywasz i cieszysz się każdą chwilą z ludźmi których masz blisko siebie. Dziękuję Wam kochani, za to że odpocząłem od wszystkiego, że miałem okazję jeden wieczór wypić parę drinków i się pośmiać, w tym całym codziennym biegu ta normalność i oddech zwyczajności był wspaniałym uwieńczeniem tych wakacji.

 

 

To cholernie ważne by słuchać swoich dzieciaków, te dwa tygodnie z nimi na wsi dały nam tyle energii, pokazały ile w naszych dzieciach drzemie potencjału. Livia otworzyła się na nowe doświadczenia, miała okazję do spróbowania nowych rzeczy, była w stanie ze mną porozmawiać bez tego całego kultu biegu. Czasem jej mówiłem gdy siadała koło mnie, że mógłbym z nią tak siedzieć i milczeć, być. Maks biegał po trawie i oznajmiał głośno całej wsi wokalizując, że jest bardzo szczęśliwy. Było parę momentów z dzieciakami gdy coś się zadziało, jakiś foszek, nieporozumienie, ogólnie mógłbym zliczyć takie momenty na palcach jednej ręki. Pokazaliśmy autyzmowi środkowy palec, daliśmy mu wężem ogrodowym w twarz, tak jak Maks Klaudii podczas jednych z pokazów ekscytacji. Pokazaliśmy światu, że współodzicielstwo jest dobre, że dzieci są najważniejsze i mamy jedno życie, które przeżyjemy nie zatrzymując się bo czegoś nie wypada.

Dwa tygodnie minęły jak za pstryknięciem palców, odwieźliśmy dzieciaki do mamy, potem szybki obiad w Katowicach i transfer na lotnisko do Krakowa. Dzieciaki kontynuowały wakacje z mamą, a ja planowałem co jeszcze mogę pokazać dzieciom. Jak jeszcze mogę pomóc odkrywać im świat? Czego mogę ich nauczyć? Padła decyzja, że w lutym lecimy do Marocco, Afryka. Livia już nie dowierza, mówi “Afryka?!!?? Tato! Super, jedziemy do Afryki!”

 

Kocham te dzieciaki, a jeszcze bardziej kocham patrzeć na ich szczęście, roześmiane buzie i radość z życia.

Wakacje na maksa, czyli Maksa i Livii odkrywanie świata.