Życie pisze różne scenariusze. Ludzie są ze sobą przez długie lata, potem zaczynają robić głupoty, rozwodzą się i żyją dalej. To, jak to życie po rozwodzie będzie wyglądać, zależy w głównej mierze od nas, chociaż czasem byli partnerzy, rodzina i system nam utrudniają odnalezienie swojego szczęścia. 2,5 roku temu, dokładnie 26 kwietnia 2017 roku, otrzymałam prawomocny rozwód.

 

19 lipca 2019 mój były wziął ślub. 

Każdy z nas słyszał historie ludzi, którzy po rozwodzie przyjaźnili się, potrafili spotkać się na kawę, na urodziny wysyłali sobie życzenia, pomagali sobie w przeprowadzce. Może i byłabym jednym z tych przypadków, gdyby nie rozrywający mnie na kawałki żal do mojego byłego, za to, że nie potrafił odnaleźć w sobie odwagi do powiedzenia głośno i szczerze “Zakochałem się w innej”. Mój były nie jest złym facetem, nie jest też facetem dla mnie. 10 lat związku zweryfikowało nasze potrzeby, ja nie zaspakajałam jego, więc znalazł kogoś, kto się do tego lepiej nadawał. Teraz okazuje się, że związek, który ponoć nie istniał, którego on tak bardzo się wypierał, przerodził się we wspólny podbój świata, wspólne mieszkanie, aż w końcu w małżeństwo. Tak, mój były wziął ślub. Ponownie.

Nie jest to jeden z tych momentów, kiedy jak w holywoodzkich komediach, ja zdaję sobie sprawę, że tęsknie za moim eks, chciałabym go odzyskać i błagać o jeszcze jedną szansę. Mieliśmy swoją szansę, spieprzyliśmy, a teraz każde z nas jest szczęśliwe z nowymi partnerami.

Swoją drogą, myślałam, że taki filmowy bullshit nijak ma się do rzeczywistości, ale po wpisaniu w wujka google “mój eks się żeni” pokazały mi się setki wątków na forach internetowych! Co druga kobieta/dziewczyna zalana łzami, wściekła, zdesperowana. Serio tak jest? Skąd się wzięła potrzeba wpisu o tym, że mój były wziął ślub?

 

 

Jestem zszokowana moją wstępną reakcją na to, że mój były wziął ślub! Opowiem po kolei.

 

Któregoś popołudnia wspólna znajoma mojego eks i moja napisała do mnie z zapytaniem, czy wiem, że mój były wziął ślub. Skąd ja bym to mogła wiedzieć?! Kiedy pogratulowałam mu pół roku temu zaręczyn, zgrywał głupka, niby nie wiedząc, czego ja mu gratuluje. Dodatkowo mam go zablokowanego na facebooku, nie wspominając o tym, że on nigdy nie był jakoś bardzo zaangażowany w te całe social-media. Przełknęłam informacje, ale ciekawość wygrała.

 

Wiecie, ja jestem tylko człowiekiem, do tego jestem typem dociekliwym. Pomimo tego, że minęło już tyle czasu od naszego rozstania, to została jakaś tam zadra i trzeba było zweryfikować informacje. Szybkie szukanie na instagramie i znajduje jego nową żonę. Dane znam, bo przecież to kiedyś była jego koleżanka z pracy, która piła nasze zdrowie na rok przed rozwodem. No i jest zdjęcie, uśmiechnięta para, “Mr and Mrs!” Pod spodem opis o tym, jakim przyjacielem jest dla niej mój eks, jak w nią wierzy i zawsze dla niej jest, a potem rzeka gratulacji.

 

 

No i jestem ja, której się nóż w kieszeni otwiera, gula skacze, ciśnienie podnosi, a palce same na klawiaturze zaczynają pisać, coś, czego na 100% nie napiszę pod tym zdjęciem. Moje drodzy czytelnicy, wyszła ze mnie w tamtym momencie największa sucz! Miałam ochotę zapytać, czy Ci wszyscy, którzy tak bardzo im gratulują, życzą szczęścia, wiedzą, że ten związek jest zbudowany na kłamstwie, na zdradzie, na cierpieniu innej osoby (o mnie chodzi, jeśli ktoś nie skumał). Związek, który powstał w ukryciu, z wypieraniem się, wymykaniem z domu, “spóźnieniu na ostatni pociąg do domu i spanie na kanapie u kolegi”.

 

Dawno wybaczyłam mojemu eks, nigdy jednak nie wybaczę kobiecie, z która, niespełna miesiąc temu, zawarł związek małżeński. Kiedy cała ta złość ze mnie uszła, kiedy skasowałam to, co napisałam, to zrozumiałam, skąd się biorą te wpisy na forach internetowych. Grupa kobiet, których rany nigdy się nie zagoiły.

Post ten zakończę, czymś, co i tak nie trafi do tych, którzy mają to usłyszeć “Michał, Pushpa — powodzenia na nowej drodze życia”.