Ostatnio się mocno pochorowałem, a że niezbyt umiem dbać o siebie i zapominam o lekach z zapalenia jednego ucha, mam zapalenie obu uszu, gardła i zatok. Wszystko na raz, miałem wiele czasu by myśleć o tym że czas umierać. Wiecie, takie Man Flu. Tylko że tym razem byłem naprawdę chory. Dalej jestem, nie słyszę na lewe ucho, kaszle i takie tam. Da się z tym żyć. Naszło mnie jednak na refleksje które sięgają aż mojego dzieciństwa – czym jest suckes? Dziś chciałem Wam o tym opowiedzieć.

Wychowałem się w niezwykłej rodzinie, w czasie upadku komunizmu. Urodzony w 1981 roku pamiętam jeszcze kolejki, brak możliwości robienia zakupów, wypady do Baltony czy Pewexu by pomarzyć i nacieszyć oko. Moi rodzicie jak wiecie byli osobami niepełnosprawnymi, byli głusi. Pracowali w spółdzielni inwalidów, a ja wychowywałem się w świecie telewizora na mute, wiecznie wyjącego czajnika bo mama zapominała że wstawiła wodę na herbatę czy kawę. Było biednie, było zwyczajnie. Rodzice robili wszystko byśmy mieli godne życie, dom, jakieś tam ubrania. Ja z bratem starszym o 6 lat, zupełnie różni, zupełnie inaczej traktowani.

Dzieciństwo miałem inne niż rówieśnicy, marzyłem by móc pogadać z rodzicami o tym o czym rozmawiali koledzy. Wychowywałem się jako pokolenie które poznało kasety VHS, pierwsze dekodery telewizji cyfrowej i przeskok z kaset na płyty…ale płyty przyszły już dużo później. Commodore 64, nawet nie wiem co z nim się stało. Było ,a potem zniknęło. Ale nie o tym.
Czułem zawsze, niemal od dzieciaka uczucie które towarzyszy mi do dziś, przekonanie że nie pasuje do tego wszystkiego. Nie ma to wspólnego z byciem gorszym czy lepszym. Nie pasowałem do większości miejsc, do większości sytuacji codziennego życia i do całego systemu.

Z czasem narastał we mnie gniew i złość, za to że świat mnie nie rozumie, że wiecznie muszę się godzić na kompromisy, a nie robię nic złego. Nie pasowałem do systemu edukacji, nie pasowałem do kolegów, do osiedla, do rodziny. Czułem że coraz dalej oddalam się od świata który mnie otacza. Zatracam się w świecie który we mnie drzemie. Czytanie książek, muzyka. wiersze, pisanie różnych rzeczy. Coraz dalej mi było do rówieśników. Coraz więcej hejtu, śmieszków.

W pierwszej klasie liceum nawet dostałem kartkę na walentynki życzeniami śmierci- “Żebyś zdechł śmieciu”. Fajne, naprawdę.

Kiedyś, dziś i za dziesięć lat. Sukces i co go określa?

Z czasem stałem się zły na stan rzeczy, na normy społeczne, na system. Na moją własną rodzinę, bliższą i tą dalszą. Z tą dalszą w zasadzie nie utrzymuje kontaktów, dlaczego? Nawet po 20 latach od kiedy widzieli mnie ostatni raz mają mnie za złego człowieka, kogoś kto nic nie osiągnął, a ja ciekaw jestem co jest wyznacznikiem osiągnięcia “tego czegoś”? Kiedy można powiedzieć że coś osiągnąłeś?

Dziś zastanawiam się jakim jestem człowiekiem, co mam za sobą i przed sobą. Jestem nie raz rozdarty, czasem uważam że jest naprawdę dobrze, osiągnełem sukces, bo byłem w dupie, na dnie, a dziś żyję całkiem fajnie, mam wspaniałe dzieci i wizję na swoją przyszłość. Bywały i takie dni gdzie jednak myśle że w wieku 36 lat zaczynam od nowa, że wiele lat za mną i nic dobrego mnie już nie spotka. Pierwsza opcja jednak częściej wygrywa. Tak samo z pisaniem, kiedyś upornie śledziłem ile osób mnie czyta, zasięgi, statystyki, a dziś nawet nie zaglądam bo nie ma dla mnie znaczenia, czy czyta mnie sześć tysięcy ludzi miesięcznie czy sześć. Nie ma. Nie mam pojęcia o marketingu, chcę opowiedzieć Wam o tym co uważam za wartościowe.

Złość ustąpiła, emocje z negatywnych przeszły w pozytywne. Czasem jak każdy mam gorsze dni, nie mam chęci na rozmowy, na interakcję. Ostatnio myślałem co dalej? Co chcę robić przez kolejne dziesięć lat, dwadzieścia. I piękne jest to że to wszystko co mnie przytłaczało jako dzieciaka, dziś staje się swoistą dźwignią do moich marzeń. Jak widzicie zmieniła się strona bloga, zmieniła się nazwa.

Rock Daddy rusza do przodu. Chcę opowiadać o moim doświadczeniu jako ojciec, co-rodzic, pedagog, rock n roller.

Użyć tych wszystkich niekonwencjonalnych doświadczeń do promowania pozytywnego ojcostwa i dzielenia się z Wami moimi odkryciami. Niewątpliwie bycie tatą i rodzicem który wychowuje dzieciaki naprzemiennie jest mega odkrywcze, badam to wszystko, rozważam, operuje na żywej tkance i żywym organizmie.

Inaczej się nie da, nikt z nas nie ma czarnego pasa w przechodzeniu przez trudne życiowe momenty. Kiedyś bym się wystraszył, załamał uciekł. Zdażyło się tak nie raz. Wiecie sami że mam syna z poprzedniego związku który ma prawie 14 lat. Nie widziałem go jakieś 13 lat. Nie jest to powód do dumy, nie udaje, nie zatajam. Byłem nieodpowiedzialny, niedojrzały, oboje byliśmy przed i długo po jego narodzinach. Wyciągnąłem wnioski z tej lekcji, Dziś mam swoją rodzinę, wszystko jest inaczej,  dlaczego wracam do tego? Bo jest to w jakimś stopniu podróż do wnętrza i emocji Nikodema sprzed 15, 20, 30 lat.

Kiedyś, dziś i za dziesięć lat. Sukces i co go określa?

Bez tamtych sytuacji nie było by dzisiejszego Nikodema, ale to wiecie doskonale. WIele się nauczyłem, nie byłem nawet średni akademicko w szkole, ale czy ma to dziś znaczenie? Nie błyszczę wiedzą z historii, nie jestem przewlekle elokwentny, liczyć umiem na kalkulatorze. Wyrzucam z głowy rzeczy których nie używam. Dziś zapytano mnie bym sobie spróbował wyobrazić mojego czytelnika i tego do kogo piszę. Dla kogo. Dla siebie i do Ciebie. Jesteś tu bo chcesz poczytać o czym dziś napisałem, a może chcesz mnie wyśmiać i utwierdzić się w przekonaniu że jestem do dupy. Może szukasz inspiracji bo masz gorszy okres w życiu, a wiedząc jaka jest moja historia jakoś dodaję Ci otuchy. Może trafiłeś/aś tu przypadkiem. Fajnie.

Refleksja jest w życiu ważna, zdanie sobie sprawy z drogi którą przebyliśmy jeszcze ważniejsze. Nie jest jednak ważne czy ludzie określają nas kimś kto osiągnął sukces, bo to jest rzeczą indywidualną. Dla mnie dwadzieścia lat temu sukcesem było wyjść całym i zdrowym z Ośrodka Monar’u. Dziesięć lat temu założyć rodzine i zdecydować się na dzieci – sukces. Pięć lat temu sukcesem było stanąć twarzą w twarz z diagnozą i nie załamać się. Dziś sukces to zrobić wszystko by dzieciaki wychowywały nie odczuwając stresu związanego z rozstaniem rodziców. A co będzie wyznacznikiem mojego własnego sukcesu za dekadę? Zobaczymy.

Czasem wracają demony, czasem nie rozumiem ludzi i konwenansów codziennego świata, jednak myślę że można sie do tego przyzwyczaić, być sobą i nie zawracać sobie głowy tym co świat o tobie sądzi. NIech gadają na tej wsi, zwaną globalną wioską. Skoro to im sprawia przyjemność i nie mają nic lepszego do roboty.

Ave