Temat zazdrości i rywalizacji o rodzica to dla mnie czarna magia i strefa tak nieznana, że aż przerażająca.  Pisałam o tym bardzo zdawkowo w wpisie o pozycji w rodzinie, więc dzisiaj rozwinę. Pamiętam, jak przez mgłę, moją zazdrość gdy miałam 6 lat i urodził się mój brat. Pierwsze kilka tygodni było ok, z czasem jego płacz z łóżeczka oznaczał to, że mama lub tata znowu na niego będą zwracać uwagę. Nie pamiętam jednak abym była zazdrosna o mojego tatę czy mamę kiedy spędzali ze sobą czas. Ten aspekt zazdrości był mi całkiem nieznany.  Rywalizacja o tatę i wszystko związane z tym zagadnieniem to coś co, raz po raz, mnie zaskakuje, denerwuje i zmusza do myślenia.

 

Zacznijmy jednak od samego początku. Kiedy poznałam Livię i Maksa, zostałam im przedstawiona jako koleżanka Nikodema i taka relacja była utrzymywana między nami kiedy dzieci były w domu. Żadnych miłych słówek, pieszczotliwych określeń, a już o jakimkolwiek kontakcie cielesnym zapomnijcie. Czasem kiedy dzieci się bawiły w pokoju ja przychodziłam się ekspresowo przytulić do Nikodema.

 

Nie mam pojęcia na jaki układ się godzą inne macochy na początku drogi, ale w naszym wypadku było to ustalone bez większej dyskusji, zaufałam Nikodemowi. Nie będę wam mydlić oczu mówiąc, że taki stan rzeczy mnie cieszył, wręcz przeciwnie na pewnym etapie naszego związku przyjazd dzieci zaczął mi się kojarzyć, jak płacz mojego brata w dzieciństwie, z odebraniem mi uwagi Nikodema. Wiedziałam, że jak przyjeżdzają dzieci to staje się tylko znajomą z ulicy, która akurat przypadkiem gotuje obiad, pije kawę czy ogląda telewizor.

Bywały dni, kiedy wybierałam pojechanie do domu i spędzenie dnia samotnie. Było to lepsze niż udawanie, że nic nas nie łączy.

Jak to bywa u mnie, poszłam po rozum do głowy i pogadałam z Nikodemem. Powiedziałam mu o tym, że wydaje mi się to nienaturalne, że nie witamy się przez buzi w policzek czy przytulenie się, nie siadamy obok siebie czy nie podajemy sobie ręki. Przecież jest to coś co na 100% robi ze wszystkimi swoimi znajomymi i przyjaciółmi. Dzieci też mają oczy i rozumki i widzą, że zachowujemy się nienaturalne i wbrew sobie. Po namysłach wspólnie podjęliśmy decyzję, żeby trochę ocieplić nasze stosunki, ale ciągle uważać co i jak mówimy i nie przeginać pały z czułościami.

 

 

Momentem kulminacyjnym w moim procesie uczenia się zasad rywalizacji o rodzica była przeprowadzka Nikodema do mnie.

Wiedzieliśmy, że nie będzie lekko, dzieci będą musiały zaakceptować, że tata nie śpi z nimi i to nie ja wychodzę z ich domu tylko one przychodzą do naszego domu. Z rozmów z Nikodemem wiem, że sporo tłumaczył Livi i Maksowi. Upewniliśmy się, że wiedzą, że jest to teraz dom nas wszystkich. Mieli swój pokój, z podpisanymi ich imionami łóżkami, swoje szczoteczki do zębów i kapcie. Jednak tata był tylko jeden i trzeba było się nim dzielić częściej niż kiedyś.

 

Gdzieś, kiedyś obił mi się o uszy termin „Mini Wife Syndrome” – Syndrom małej żony. Do czasu, aż Livii zazdrość o Nikodema nie zaczęła mnie doprowadzać na skraj rozpaczy, nie zagłębiałam się w to zagadnienie. W skrócie – syndrom małej żony dotyczy córek pomiędzy 6, a 14 rokiem życia, córki chcą robić wszystko z ojcami, nikt nie ma prawa zajmować czasu taty, tata często jest pytany przez córkę co robił i gdzie był. Mam wrażenie, że samo określenie jest wytworem zazdrosnej kobiety, ale zgadzam się co do występowania takich zachowań u niektórych dzieci. W mniej, lub bardziej zaawansowanym stopniu.

Pierwsze 2-3 miesiące naszego wspólnego mieszkania kręciły się wokół zazdrosnej o tatę Livii. Od drzwi już było wiadomo, że moja obecność powinna być karana. Nie mogłam swobodnie porozmawiać z Nikodemem, nie byłam w stanie usiąść obok niego na kanapie, zjeść razem obiadu, nie było mowy o tym żeby Nikodem stał ze mną w kuchni kiedy gotowałam. Wychodząc na dwór ona musiała trzymać rękę taty, jedząc w restauracji musiała siedzieć obok Nikodema, planowała każdą minutę spędzania czasu z tatą. Z rezolutnej i samodzielnej dziewczynki zmieniła się w 6 latke, która potrzebowała pomocy przy założeniu skarpetek czy butów, taty, żeby podetrzeć jej tyłek lub otworzyć sok. Czynności, z którymi wcześniej nie miała trudności, stały się zadaniem dla dwojga. Nie pomagały moje próby angażowania się, oferowania mojej pomocy. Jedyne co działało to moje wycofanie się i danie przestrzeni. Kiedy miałam gorsze dni wychodziłam z domu, szłam czytać książkę lub przeklinałam pod nosem, kiedy miałam lepsze momenty olewałam. W dni z mega fajnym humorem robiłam Nikodemowi na złość – moje przytulenie się do niego lub próba zaczęcia rozmowy na kanapie kończyły się wskoczeniem Livi na jego kolana, albo głośnym „Taaaatooooo!!!” Z drugiego pokoju. On zmęczony po pracy, Livia włażąca na głowę, Maks ignorujący moją obecność i ja która śmiała się do łez. W te bardzo złe dni, też były łzy ale wynikające z frustracji, złości, żalu. Miałam dni kiedy tupałam nogą i puszczały mi nerwy i rzucałam tekstem „Nikooodem, może jak ja poproszę Cię, żebyś podtarł mi tyłek to w końcu zwrócisz na mnie uwagę”.

 

Dałam się wciągnąć w rywalizacje o tatę. Przestałam patrzeć na Livię jak na 6 latkę, ale raczej jak na rywalkę o serce Nikodema. Dokładnie tak samo, postrzegała mnie Livia. Czułam się dobrze walcząc, a później tragicznie zawstydzona swoim zachowaniem.

 

Nie ma tutaj miejsca na tłumaczenie się o chcę podkreślić jedną rzecz i będę o niej często pisać. W sumie zawsze o niej wspomnę kiedy będzie poruszany temat specyfiki związku ludzi z odzysku z dziećmi.

Ludzie, którzy decydują się na związek mając dzieci z poprzednich związków, pracę, obowiązki i bagaż doświadczeń od początku mają przechlapane. Nie mają możliwości randkowania, budowania związku i uczuć przez 2-3 lata spotykania się, chodzenia za rączkę, spontanicznych wypadów, momentów pasji i zapomnienia o bożym świecie. Mają dzieci, kredyt do spłacenia, pracę, zakupy, sprzątanie i czas na sen. Kiedy po roku spotykania się, żar uczucia rozpalony momentem wspólnego zamieszkania jest raz po raz gaszony przez „Tatoooo”, „Tato ale musisz siedzieć obok mnie” lub „Tato, ale ja chce spać z Tobą”, każdego ma prawo trafić szlag. Każdego mogą ponieść nerwy.

 

 

Wszystkie szkoły psychologii uczą jednej rzeczy na temat zazdrości – jest to forma maskowania czegoś innego. W przypadku rodzin patchworkowych zazdrość o dzieci partnera, lub zazdrość dzieci o nowego partnera to często wynik niepewności.

Moja zazdrość maskowała brak uwagi ze strony Nikodema. Moment kiedy sobie z tego zdałam sprawę, był momentem przełomowym. Długo i burzliwie o tym z Nikodemem rozmawialiśmy, padały zdania, które nas obojga czasem bolały, były myśli typu „może wspólne mieszkanie to był błąd”.

Kiedy my prowadziliśmy nasze dyskusje i pertraktacje, dla Livia i Maksa mijał błogo czas w domu mamy. Nigdy nie dyskutowaliśmy przy dzieciakach. Ja w między czasie podejmowałam kolejne próby rozmów z Livią. Jechałyśmy na zakupy i w aucie w trakcie rozmów o szkole i zabawkach tłumaczyłam jej, że bardzo lubię tatę, ją i Maksia też i że nigdy nie zabiorę jej taty. Tata zawsze będzie jej tatą i będzie ją kochał tak samo mocno nawet kochając mnie.

I tak minęło nam kolejne kilka miesięcy i po rywalizacji o tatę nie ma ani śladu. Wszyscy przyzwyczailiśmy się do nowego stanu rzeczy. Zrozumieliśmy, że w tym domu nikt nie musi rywalizować o miłość i dobre serce drugiego domownika. Oboje, Livia i Maks, mają Nikodema w 100%, mają też mnie. W końcu co dwie głowy, to nie jedna, co dwa serca kochające bezwarunkowo, to nie jedno.