Dziś niedziela. Dzień dla was. Chciałbym móc dzielić się na blogu waszymi historiami. Ten blog to miejsce dla każdego i zależy mi na tym, byście czuli się tutaj swobodnie, byście budowali z nami codzienność, tak jak robiliście to do tej pory. Bez Was ten blog nie byłby taki sam.

Dziś historia Ani. Znacie te historie o losie, przeznaczeniu, o obracaniu straty w coś dobrego? Przeczytajcie, pomyślcie i wyślijcie naszej czytelniczce i jej rodzinie moc uścisków i dobrych myśli.

 

Cześć kochani. Mam na imię Ania. Chciałam się podzielić z wami moją historią, bo może wtedy będzie mi trochę lepiej. Nie jest może jakaś straszna, ale dla mnie, dość trudna i ważna.To będą dwie historie wplecione w jedną, bo wierzę, że się łączą. Ta historia uświadamia mi, że człowiek nie docenia tego, co ma, dopóki tego nie straci. Dlatego, tak ciężko mi o tym pisać.

Moja mama. Najcudowniejsza osoba na ziemi. Najpiękniejsza. Najmądrzejsza. Była i będzie dla mnie wszystkim. Była osobą, która nigdy się nie złości. Czasami jak każdy, miał nerwowe dni, jednak mama nigdy nie krzyczała, zawsze mi tłumaczyła, co jest dobre, a co złe. Czemu nie warto sobie zniszczyć życia i utrudniać codzienności? Miała w sobie magiczna moc. Gdy mnie przytulała, czułam spokój i wewnętrzną siłę. Uwielbiałam, jak głaskała mnie po głowie. Uwielbiałam w niej wszystko. Moja kochana mama.

Niestety, moja mama długo chorowała. Nigdy nie narzekała. Trzymała się. To był 2010 rok. Święta Bożego Narodzenia. Co prawda, mama czuła się źle już wcześniej, ale te święta zapamiętam do końca życia. Tego roku było na tyle źle, że nie była w stanie siedzieć z nami przy wigilijnym stole. Była z nami, w tym samym pokoju, leżąc w łóżku. Tak wyglądała w zasadzie cała zima.

Mama trafiła do szpitala końcem lutego 2011 roku. Było ciężko. Widać było jak się męczy, pamiętam i zapamiętam do końca życia, jak powiedziała KOCHAM CIĘ, może wiedziała, a może chciała, bym to usłyszała jeszcze raz …. Zmarła 25.02.2011. Byliśmy z nią w szpitalu, nigdy nie była sama, w dzień i w noc ktoś z nas był przy niej. W dniu śmierci byłam z nią przez całą dobę, wróciłam na chwile do domu się przespać, żeby znów być z nią w nocy. Nie wiem jak to nazwać, ale coś było nie tak, czułam się niespokojna i coś mnie tknęło, aby pojechać wcześniej niż planowałam. Pojechaliśmy — ja, moja siostra i nasz tata. Druga siostra siedziała z mamą. Gdy dojechaliśmy do szpitala i okazało się, że mama była już w śpiączce. Nigdy nie zapomnę tego momentu, gdy wszyscy weszliśmy do sali. Nasza mama jakby czując to, obudziła się, popatrzyła na nas, uśmiechnęła się i odeszła na zawsze Zdążyłam się pożegnać, ale straciłam wszystko. Moja mama była dla mnie wszystkim.

 

W 2014 dowiedziałam się, że jestem w ciąży. To był straszny szok szczególnie, że lekarze mówili, że nigdy nie znajdę w ciążę. Cieszyłam się bardzo, a zarazem bardzo się bałam. Bałam się, że będę złą mama, że nie dam rady. Dni płynęły. Strach się zmniejszył. Byłam na zwolnieniu, od dłuższego czasu czułam się dość źle. Wraz z siostrą robiłyśmy wyprawkę. Dostałam bardzo dużo rzeczy, więc nie musiałam dużo kupować.

Około 26 tygodnia ciąży trafiłam do szpitala. Miałam strasznie wysokie ciśnienie. Dostałam leki, potrzymali mnie tydzień i chociaż nic się nie zmieniło, wypuścili do domu. Mój ginekolog pracował też w szpitalu, po dwóch tygodniach kazał przyjechać do siebie. Uznał, że w warunkach domowych nie jest w stanie mi pomóc. Trafiłam znowu do szpitala, tym razem do innego. Tam z kolei byłam 9 dni. Wysokie ciśnienie. Złe przepływy krwi do pępowiny, za czym szło złe odżywianie dziecka (dokładniej córeczki, bo wiedziałam że to dziewczynka) przerażające, myśleć, że moje dziecko było głodne, że brakowało mu wszystkich ważnych składników do rozwoju. Lekarze postanowili mnie przenieść do specjalistycznego szpitala, bo nie wiedzieli jak sobie z tym wszystkim poradzić, nie reagowałam na leki.

Trafiłam tam w czwartek 16.04.2015. Leczyli mnie już chyba wszyscy możliwi specjaliści. Tysiąc badań, USG, KTG i inne. W sobotę 18.04. od rana czułam, jakby mi brakowało powietrza, dusiłam się. Dostałam kroplówkę z glukozą, żeby pobudzić dziecko. Jak się okazało, zmartwił ich dość słaby ruch dziecka. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Czułam to. Zrobili USG i w trybie natychmiastowym padła decyzja o cesarce. Zadzwoniłam zapłakana do siostry i do mojego cudownego faceta, że idę do cesarkę. Zabrali mnie w przeciągu 15 min na salę, Czułam strach i przerażenie. Podjęli taką decyzję, by ratować mała, nawet nie poczekali aż znieczulenie zacznie całkiem działać. Straszny ból. Płacz.

 

O 13.02 w 29 TC z wagą 830 g na świat przyszła ona. Nie płakała. Była malutka chuda i brązowa. A dokładniej ziemista.

 

Wsadzili ją do inkubatora.Więcej nie pamiętam. Na następny dzień położne zapytały mnie, czy chce do niej jechać. Chciałam, ale też mocno się bałam. Tak strasznie się bałam, że ją stracę. Podeszłam do inkubatora. Serce mi zamarło. Zobaczyłam ją podpięta pod masę kabli, rurek, wspomagacz oddechu. Na szczęście nie potrzebowała respiratora. Była chuda. Strasznie chuda i długą. Przez skórę było widać każdą żyłkę. Bałam się jej dotknąć. Na głowie miała czapeczkę, spod niej wychodziły włoski. Strasznie jasny meszek. Taki mięciutki w dotyku.

Patrząc na nią płakałam. Czułam, że ją zawiodłam. Bo to ja powinnam ją chronić. A ona teraz cierpi. Leżała taka bezbronna. To była moja wina, że ona tam leżała. Spędziliśmy w szpitalu 2 miesiące cały czas walcząc. Było kilka ciężkich chwil, ale była też radość. Pierwsze kangurowanie. Musiała przekroczyć kilogram. Wtedy dostałam ją pierwszy raz na ręce. Cudowne uczucie, ale i strach jak trzymasz takie maleństwo. Potem pierwsze przewijanie. Pieluszka wielkości wkładki dla kobiet. Potem kolejne wielkie momenty- samodzielne oddychanie. Samodzielne przyjmowanie pokarmu, już bez sondy. Potem zmiana sali, zmiana inkubatora na łóżeczko grzane. Pierwsze ubranie w ciuszki. Było tego trochę. Trudne i piękne momenty, jednak zawsze za plecami był strach. Zabraliśmy nasze cudo do domu.

Dzisiaj ma prawie 4-latka. Jest cudowna, mądra i piękną dziewczynką. I co najważniejsze jest zdrowa. Wiem, że to dzięki lekarzom i pielęgniarkom.

Jednak wiem też, że to dzięki mojej mamie. To ona się nią opiekowała. Ona o nią dbała, żeby nic się jej nie stało.Dziękuję mamo. Za wszystko. Kocham Cię bardzo.

Wam też dziękuję. Mam nadzieję, że was nie zanudziłam.Dzięki temu, że to napisałam, czuje się lepiej. Nie umiem o tym rozmawiać. Teraz wiem, że to nie była moja wina. Że urodziłaś się wcześniej.

 

Czasem zwyczajnie tak się dzieje.

 

Dziękujemy Aniu. To właśnie o takim życiu chcemy pisać. O tych momentach kiedy prawie się poddajemy, ale jednak wybieramy walkę. O wzlotach i upadkach, o łzach i przebłyskach nadziei. Tak będą wyglądały nasze niedziele. Niedziela dzielenia powiadają, niech tak będzie.